CORROSION OF CONFORMITY – Granie z kolegami

Bodajże w 2012 r. widziałem Corrosion of Conformity w trzyosobowym składzie, i nie powiem, by był to obrazek smutny; raczej… inny, bo mniej południowy, bardziej skupiający się natomiast na hardcore/punkowych korzeniach grupy. Zarazem jednak niepełny, pozbawiony tego mięsa, którym grupa epatowała na „Deliverance”, „America’s Volume Dealer”, czy „In the Arms of God”, czyli krążkach, do których – nie oszukujmy się – wracamy najczęściej. I tamte sztuki, i dwie nagrane w trzyosobowym składzie płyty dawały radę jako rzeczy wyrwane z kontekstu, bo przecież oblicze CoC z lat osiemdziesiątych także uznawane jest za legendarne i bardzo w niektórych kręgach wpływowe. Rzecz w tym, że w zestawieniu z zespołem z Pepperem Keenanem to oblicze musi zblednąć – chyba tylko zatwardziali punkowcy mogliby powiedzieć, że wolą „Animosity”, niż „Wiseblood”.

Corrosion of Conformity, JD Overdrive, Only Sons, Warszawa, Progresja, 07.07.2019r.

Na ponowne połączenie sił wskazywało wiele: i pojedyncze gościnne występy Keenana w CoC na koncertach festiwalowych, udowadniające, że między nim a resztą zespołu nie ma żadnej złej krwi, i sama logika – Down począł nagle wytracać rozpęd, nagrywając zupełnie przeciętne ep-ki, na co nałożyły się dodatkowo odejście Kirka Windsteina oraz brunatne wygłupy Anselmo. W takich okolicznościach byłbym naprawdę zdziwiony, gdyby Pepper nie wrócił do korzeni. Jak wspomniałem we wstępie, nie tylko on tego potrzebował; właściwie nie wiem, która strona bardziej. W każdym razie, pierwsza „nowożytna” płyta z Keenanem w składzie, czyli „No Cross No Crown”, z miejsca nawiązała do tych klasycznych nagrań CoC, i chociaż bez mielizn się nie obyło, i tak postawiłbym ją z dwie półki wyżej, niż „Corrosion of Conformity” czy „IX”. W niedawnym wywiadzie Woody Weatherman zapowiedział nagranie kolejnego krążka w czteroosobowym składzie, a koncert potwierdził wniosek, jaki można by z tej deklaracji wysnuć: to nie był powrót na chwilę. Rzecz jasna, CoC nie może liczyć na gwiazdorski status, jakim w pewnym momencie kariery cieszył się Down, i zespołem na duże sceny już nie zostanie, co nie zmienia faktu, że tutaj Keenan jest na pierwszym planie, i to on wszystkim – przynajmniej wizerunkowo – dyryguje, w przeciwieństwie do bycia trybikiem w maszynie wspomnianego wcześniej gwiazdozbioru. Oczywiście ciężko też przypuszczać, by takie rozważania zajmowały jego głowę, ale kiedy tak go obserwowałem, widziałem raczej spokojną radość z powrotu do domu, nie – manierę, że to za mała dla niego sala, albo że ten reunion to żadne tam granie ze starymi kolegami, a jedynie zdroworozsądkowy ruch, by jakoś opłacić rachunki. Było dobrze.

Coc

Teoretycznie był to występ wspominający wydanie „Deliverance”, chyba najgłośniejszej w ogóle płyty CoC. W praktyce piosenki z tego nagrania może i przeważały, ale nie zagłuszyły pozostałych okresów działalności grupy. To istotne, że ta trasa nie przerodziła się w wymuszone odgrywanie klasyka kawałek po kawałku, tylko przebiega naturalnie, owszem, z zaznaczeniem, że celebrujemy kamień milowy w rozwoju Corrosion i takiego grania w ogóle, ale bez jakichś wydumanych ceremonii. Gro z tych piosenek i tak stanowi podporę setlist CoC, ostatecznie to najrówniejsza, najbardziej przebojowa płyta, jaką kiedykolwiek nagrali. Obawiałem się trochę o wokalną formę Keenana, bo bywało z tym różnie i był czas, kiedy miał tendencję do zastępowania czystych partii bliżej nieokreślonym miauczeniem, ale wypadł naprawdę dobrze, w zasadzie bez skaz – może to kwestia okoliczności koncertu klubowego. Wykonawczo także nie ma się do czego przyczepić. Może trochę zaskoczył fakt, że w kilku miejscach o zwartych pierwotnie strukturach grupa wpuściła sporo powietrza, pozwalając sobie na improwizację. Akurat CoC o takie manewry bym nie podejrzewał, i nie mam nic złego na myśli – po prostu definicją jammującego zespołu stonerowego jest dla mnie np. Clutch, a ekipa Keenana faktycznie może kojarzyć się z rozbujaniem i groovem, ale do tej pory był to w moim wyobrażeniu groove zaplanowany i z góry narzucony, nie: tak swobodny i improwizatorski. Plusik. A poza numerami z „Deliverance” fantastycznie wypadły m.in. „Stonebreaker” czy „Diablo Blvd.”. Jeszcze słowo o supportach – debiut Only Sons przekonał mnie tylko do pewnego stopnia i tutaj było podobnie; zabrakło pierwiastka czytelności, który w tej estetyce wydaje się czymś kluczowym i niezbędnym. J.D. Overdrive widziałem natomiast po raz czwarty albo piąty, i o ile wcześniej irytował mnie brak głębi czy zupełnie przerysowana „południowość” tego brzmienia, o tyle teraz to już inny, bardziej dojrzały zespół, a numery z ostatniej płyty – plus ten jeszcze nieopublikowany – pozytywnie zaskoczyły. Ogółem: udany wieczór.

Adam Gościniak

Zdjęcie: profil zespołu