BRUTAL ASSAULT – Nudy nie było

Dwudziesta druga edycja czeskiego Brutal Assault przeszła do historii, a wraz z nią tysiące wspomnień uczestników. Po siedmioletniej przerwie powróciłem do twierdzy Josefova, zelektryzowany wiadomością o odegraniu w całości przez Emperor ich szlagwortu czyli „Anthems to the Welkin at Dusk”. Poza daniem głównym trafiło się sporo ciekawych, udanych, porywających, energetycznych, lirycznych, melancholijnych i niestety też okropnych występów…

Trapiony rozstrojeniem żołądka, pierwszy dzień festiwalu kontemplowałem na ciągłym „stand by”, w związku z czym pierwszym koncertem, który zaplanowałem był mocno zaakcentowany popołudniem przez włoską załogę Fleshgod Apocalypse. Byłem ciekaw jak ich muzyka sprawdzi się w warunkach scenicznych. Przede wszystkim pora, w której przyszło grać makaroniarzom powinna być zmieniona. Teatralność i podniosłość jaka charakteryzuje wizerunek twórców płyty „The King”, spokojnie pozwalałaby aby czas antenowy zrównał się z zapadającym zmierzchem. Dodałoby to większego klimatu, którego wyraźnie brakowało w kolorycie marnie błyskających świateł scenicznych. Podczas krótkiej introdukcji na scenę wkroczyła diva, która z buławą przechadzała się nim rozbrzmiały wściekłe takty ekipy z Rzymu. Intensywność Fleshgod Apocalypse na płytach jest ich zdecydowanie wielkim atutem, a w realiach koncertowych może być to kamieniem u szyi. Na szczęście, akustyk dwoił się i troił, aby orkiestracje nie zostały zepchnięte w masowy zalew siekaniny blastów i gitar. Utwory, głównie z ostatnich płyt, odegrane z precyzją, potęgą i zadowoleniem publiczności. Reasumując – udany, mocny strzał na początek. Weterani z Gorguts przy swoim stażu nie mogli zawieść… i nie zawiedli. Rzeczowy wykon, solidne brzmienie, ciężar i dużo owacji. Krótko, treściwie i na temat. Nie był to wybitny koncert, ale nie był też słaby. Oddani fani byli szczęśliwi, dla reszty kolejny metalowy nakurw, który przytępił trochę słuch przed kolejnymi gigami.

Markowy Root należący do najstarszych czeskich kapel zebrał sporą publikę, ful oklasków i ciepłe przyjęcie. Mając w pamięci ich fenomenalny koncert kilka lat Master's Hammerwcześniej na norweskim festiwalu, tym razem też nie napiszę nic odkrywczego. Horda Big Bossa sadziła solidne kopniaki na dupę za sprawą zajebistych piosenek, które na żywca zyskują porywającą moc. Stałem ponownie oczarowany i nim się obejrzałem, zespół zwijał się ze sceny ustępując miejsce dziadowskiemu Wintersun, których występ celowo poświęciłem na konsumpcję i odpoczynek. Z kolei The Dillinger Escape Plan dla koncertowych bywalców to chleb powszedni jeśli określić kapelę wulkanem energii. Amerykanie zasuwają po całej scenie jakby brali udział w zawodach lekkoatletycznych. Rozbiegani gitarzyści i sadzący podskoki wokalista w połączeniu z ich ciekawą muzyką daje prosty i oczywisty pozytywny wynik równania.

Na drugim końcu festiwalowego obszaru, ulokowano trzecią co do wielkości Metalstage. Na niej krótko po 22.00 Norwegowie z Helheim cięli przekonująco swój na wskroś archaiczny black metal z porywającymi progresywnymi zagraniami i przeplatanymi na 3 głosy refrenami. Set oparty o środkowy okres z naciskiem na ostatnią płytę zabrzmiał potężnie, minimalistycznie ale bardzo dobrze. Jako fan czułem ogromne zadowolenie, a  wychodząc z namiotu wpadające losowo zasłyszane opinie w  drodze na kolejne występy, tylko potwierdziły mój odbiór. Czeski metal nie opuścił tego dnia głównej sceny. Z młodości sentymentalnie rozjuszony na myśl o doświadczeniu na własne uszy Master’s Hammer, ustawiłem się w dogodnym miejscu by widzieć dobrze co się będzie działo na scenie. Franta Storm z odmłodzonym składem zebrał liczną gawiedź, która wtórowała  charakterystycznie charczącemu frontmanowi. Ubrany jak leśniczy albo wędkarz – w specyficzny sposób poruszając się po scenie – w połowie koncertu przestał elektryzować. Nawet skąpo odziane panie wyposażone w koźle łby (będące elementem scenografii) nie dały rady odeprzeć wrażenia, że po latach ta muzyka w większej dawce zwyczajnie zaczęła mnie nużyć, a zamykająca występ słynna kompozycja „Jama Pekel” dopiero po jakimś czasie stała się dla mnie rozpoznawalna. Niestety, wcześniej przeżywane z różnym nasileniem gastryczne perturbacje ostatecznie doprowadziły mnie do skrócenia pobytu na pozostałych koncertach. W drodze ku wyjściu szalał, znakomicie się bawiąc z publiką Overkill, nie pozwalał ani na chwilę odczuć stetryczenia w składzie Amerykanów.Logo

Cudownie ozdrowiały, w czwartek udałem się pod scenę zobaczyć w akcji ulubiony hord Fallujah. Kwintet z San Francisco od niedawna wyposażony w nowego wokalistę zabrzmiał potężnie. W zabójczy sposób, wręcz z chorobliwą precyzją dał popis rasowego napiżdżania. Reakcja publiki nie należała do oschłych, więc zespół widząc taką interakcję dał z siebie wszystko. Chociaż kompozycje z ostatniej produkcji „Dreamless” nie są takimi killerami jak z dwóch wcześniejszych albumów, to na żywo zyskują znacznie na sile. Występ, który z pewnością zapadanie mi w pamięć to kolejny amerykański, rasowy thrash w wykonaniu Havok. Tłuste, ostre i niebezpieczne riffy w połączeniu z zajebistą kanonadą pałkera ewidentnie potwierdziły, że kapela jest w wysokiej formie i się nie pierdoli w tańcu. Koncerty tego typu pokazują jak daleko prekursorzy z „Wielkiej Czwórki” popłynęli w majaczących kierunkach, grzęznąc w mule. Chłopaki z Colorado mając w serduchu podwaliny stylu, który uprawiają nader pieczołowicie, dbali wyjątkowo aby publika nie musiała się nudzić.

Hardcore z Los Angeles grany przez Terror to mieszanka melodyjnych kawałków z rytmicznym feelingiem. Co rusz zagrzewani pod sceną przez Scotta Vogela do robienia moshpitu, fani grupy chóralnie wzmacniali swoim gardłami frontmana. Niestety nie miałem okazji zobaczyć Madball, więc nie mam punktu odniesienia, ale ferajna z Kalifornii bardzo fajnie wypadła. Przetasowany składem Nile (od pewnego czasu bez Dallasa Toler-Wada) zaprezentował się świetnie, utrzymując wysoką formę. Jak zwykle wszystkie orientalne intra i sample dodatkowo potęgują niezwykłą muzykę całej czeredy. Karl Sandersa jak wiadomo to kawał wesołego i rubasznego faceta, który jest samorodną wizytówką kapeli. Abstrahując od jego postury, widać ile radości i frajdy daje mu cały czas granie tych pokręconych kawałków.Emperor

Tłumnie zgromadzone audytorium utrudniało mi znalezienie właściwego miejsca gdzie najlepiej będzie słychać gwiazdę wieczoru – Emperor. Po niemałych poszukiwaniach wybór padł na alejkę prowadzącą na taras widokowy, jednak jak się okazało po pierwszych nutach nawet tam brzmienie było dalekie od ideału. Gdyby nie fakt, że cały album znam na pamięć, to jako laik twórczości Norwegów czułbym się pokrzywdzony tym co wydzierało się z głośników. Po całym spektaklu odsłuchałem fragmenty z telefonu i o dziwo te brzmiały lepiej niż to co przyjmowałem na uszy w czasie rzeczywistym. Uważam, że głośniej nie znaczy lepiej, a w tym wypadku dominowała przekraczająca przyzwoitość skala na konsoli, a nie sprawdzonej selektywności. Naprzemiennie szczęście mieszało się z rozpaczą. Nigdy nie czułem takiej rozbieżności w odbiorze podczas koncertu, szkoda że przytrafiło się to na tym ulubionym. Po odegraniu całej „Anthems” koncert uzupełniły nieśmiertelne klasyki: „Curse You All Men”, „I am the Black Wizards” oraz zamykający „Inno A Satana”.

Odmienne wspomnienia dostarczył świetnie brzmiący niemiecki industrialny KMFDM, który skrócił sobie sam repertuar za sprawą przedłużającego się wpięcia do aparatury. Fajna elektroniczna łupanina w akompaniamencie dwóch ostro brzmiących gitar przy damsko-męskim śpiewie. Totalnie elektryzujące i magnetyzujące doznania dostarczyła formacja SWANS. Obcowanie z ich twórczością całkowicie odmieniło stan brutalnej napaści, którą w dominującej dawce można było co chwilę spotkać w zasadzie na każdej z kilku scen. Nawet mała scena na przeciw festiwalowego kina, emitującego horrory oferowała kawał hałasu i szumu wszelkiej maści ambientowych wykonawców. Pobliski drink bar oferujący lemoniadę z absyntem stanowił kompletne dopełnienie tego miejsca.Swans

Moja piątkowa eskapada ograniczyła się zaledwie do dwóch koncertów ze względu na wielogodzinną imprezę, która zmusiła mnie do popołudniowej drzemki. Ale w takich sytuacjach nie ilość, a jakość jest ważniejsza. Francuski Igorrr był przeżyciem pozaziemskim. Kwartet na żywo to czarujący obraz. Zmysłowo poruszająca się wokalistka Laure Le Prunenec swoim głosem hipnotyzuje. W ułamku sekundy przechodzi z operowych rejestrów w skowyt, by w mgnieniu oka czysto trafić ponownie idealnie w dźwięki. Towarzyszący jej wokalista Laurent Lunoir wyglądający jak upiorny szaman masakrował i gwałcił czym jest pojęcie powtarzalności i struktury w budowie piosenek. Tego dnia ów występ był póki co najlepszym jaki zobaczyłem. Oprócz szaleńczej Dj-ki całość wspierała perkusista. Drugim i ostatnim koncertem jaki zaliczyłem tego dnia był Carcass, który zastąpił w ostatniej chwili odwołany Morbid Angel. Zasłużona załoga z Wielkiej Brytanii z wielkim entuzjazmem przyjęła zaproszenie, co podkreślali swoim nastawieniem i zaangażowaniem w secie. Usłyszeć można było klasyki i kilka nowości, a całość zwieńczył brawurowo odegrany „Corporal Jigsore Quandary”.

W ostatni dzień pławienie się w hałasie zacząłem od zajebiście udanej sztuki Prong. Załoga z Nowego Jorku zaledwie z trzema instrumentami i wokalem dopięła swego. Muzyka bujała, energia się udzielała, a czas szybko mijał. Nie upłynęło go zbyt wiele, gdy na głównej scenie po krótkim intro swój gig rozpoczęli krajanie z Decapitated. Kilka utworów z najnowszego albumu w wersji festiwalowej idealnie się sprawdziło. Żwawo, z impetem i werwą. Nucąc refreny z „Kill the Cult” albo „Earth Scar” noga sama kręciła się wespół z czaszką. Brzmienie czytelne, dość selektywne i szerokie. Kapitalny koncert zaliczył też kolejny amerykański weteran – Demolition Hammer. Zamykając na chwilę oczy, niewiarygodne było odczucie, że grają nad głowami rówieśnicy mojej mamy, a nie moi. Ciosy grzmiące z kolumn spotykały się z zachwytem wszystkich zgromadzonych w tym czasie pod sceną.Decapitated

Skrajnie odmienne wrażenia pozostawił po sobie szwedzki Tiamat. Domniemanie, że Johan Hedlund był zaćpany i/lub nawalony stało się tematem dyskusji przez cały ich „koncert”. Perkusista nieporadnie spoglądający na gitarzystów (ci również zdegustowani efektem) po jakimś czasie oparł podbródek na łokciu znudzony bełkotem i rozwleczonym marudzeniem lidera. Smęcenie czy pojękiwanie nie miało nic wspólnego z czarem, który przenikał i bił z płyty „Wildhoney”. Stan na 2017: marnie coverujący sam siebie Tiamat. Nie polecam! Na szczęście, smutne wspomnienie szybko wyparła ujmująca aura Devina Townsenda. Jego projekt był potwierdzeniem światowej jakości w postawie, prezencji, przygotowaniu, korelacji z publiką, wypieszczonej produkcji i czadowej akustyki. Kanadyjczyk jakTiamat zwykle wspaniale bawił się dając nie tylko mi kwintesencję perfekcyjnie dobranego zestawu kawałków z jego przebogatej dyskografii. Utwory przeplatane solidną dawką humoru i naturalnej komunikacji, wynikającej z atmosfery całokształtu. Występ na szóstkę z plusem!!!

Ostatecznie moje uczestnictwo na terenie festiwalu zamknęła rodzima Furia. Wataha Nihila zgromadziła pokaźną liczbę uczestników. Show był pełen pasji i „pyłu wydobytego z śląskich kopalni„, ale ja wolałem po pierwszym utworze to wszystko słuchać i oglądać ze słusznej odległości, gdzie dźwięk znacznie lepiej korespondował z „tańcem-opętańcem” na dechach sceny. Brzmieniowo koncert nieco słabszy od tego, w którym uczestniczyłem zeszłej jesieni w gdańskim B90.

Podsumowania nie będzie, po prostu kto nie był niech żałuje. Bierz dupę w troki i ciśnij na przyszłoroczną edycję. Zabawa będzie pewnością przednia…

Komentuje: Sławomir Nietupski

Zdjęcia: Jelena Jakovljevic Photography