BLOOD SPORT – Taneczny wieczór

Po raz kolejny przekonałem się, że mniej znaczące wydarzenia mogą dostarczyć niezłych emocji. W piątek ze względu na złe samopoczucie nie dotarłem na Sisters of Mercy. Nie wiem, czy żałować bo opinie różne zasłyszałem. W sobotę wybrałem się jednak do Pogłosu na Anglików z Blood Sport. Niepozorny, w zasadzie przegapiony w mediach i internetach koncert. A szkoda, bo było to całkiem ciekawe wydarzenie.

Blood Sport, Warszawa, Pogłos, 15.09.2017r.

Ciekawe i kameralne, co podkreśliło dodatkowo przeniesienie występu z głównej sali do baru na piętro. W sumie co się dziwić – trójka niepozornych muzykantów, skromne instrumentarium i równie skromna publika skutecznie tłumaczyły taką decyzję. Kiepska pogoda odebrała kolejnych uczestników, ale ci co dotarli powinni być zadowoleni. Blood Sport to trio pochodzące z Sheffield, łamiące noise, afro-beat, techno, drum’n’bass czy house ze sprawnością Okrasy i choć nie wróżę im jakiejś szalonej kariery to z uznaniem przyjmuję ich pomysł na muzykę.Blood Sports

Zespół zagrał w ramach Distorted Festivalu i przynajmniej dwa razy mnie zaskoczył. Pierwszy raz, kiedy mając w głowie odsłuch płyty „Live at Cafe Oto” (penetrującej raczej bardziej klimatyczne czy ambientowe wątki…), zostałem zaatakowany dynamicznym, napiętym do granic możliwości, tanecznym drivem. Taniec to w ogóle klucz do poczynań zespołu złożonego z żywego perkusisty, dwóch gitarzystów i małego samplera. Wychodząc od post punkowych hałasów, przekładając takie alternatywne dźwięki na język tanecznych bitów zgotowali nam niezłą zabawę. Gitary tworzyły szumiąco, zgrzytające tło a pałker z maszynąBS live zapieprzali takie groovy, że nóżka sama ruszała w tan. Przyznam, że perkusista zrobił na mnie świetne wrażenie bardzo przemyślanym stukaniem i zgraniem z syntetykami. Chwytliwe pomysły, bardzo precyzyjne przełożenie elektronicznych, klasycznych bitów na język perkusyjny plus trochę ciekawych synkop i doskonale bita stopa. Zespół jest młody i jeszcze dużo przed nimi, ale pomysłami, łączeniem różnych światów i wykonaniem już plasują się w peletonie współczesnej, mocno podziemnej alternatywy.

Nie wiem, czy określenie dance punk tu pasuje, ale uznajmy, że to jeden z odłamów takiego grania. Set bardzo intensywny, rozedrgany i choć muzykanci byli raczej statyczni, uważam, że bardzo dobrze sprawdziliby się na normalnej scenie, z dobrym oświetleniem i wizualizacjami, np. jako finał jakiegoś techno party. Na koniec zespół zaskoczył mnie ponownie ucinając koncert po… dwudziestu minutach. Dawno na tak krótkiej imprezie nie byłem. Zwróćcie na nich uwagę. Szacun za to, że chce się im włóczyć po świecie i grać dla garstek zapaleńców, szacun dla Distorted za sprowadzenie grupy do Polski.

Arek Lerch