BEHEMOTH – dwie niedziele z satanistą

Pomimo licznych protestów, które wywołały ogromne zainteresowanie medialne i świetną reklamę zespołu oraz całej Polish Satanist Tour 2014, kończący trasę koncert odbył się. Wydarzenie miało miejsce w dawnej hali fabrycznej na terenie Stoczni Gdańskiej. Pod klubem ustawiła się długa kolejka fanów, w asyście policji i modlących się przeciwników koncertu pod banderą Krucjaty Różańcowej za Ojczyznę, co stanowiło niewątpliwie rozrywkowy element dla części przybyłych, robiących sobie pamiątkowe fotografie. Z zapowiadanych pięciuset osób Krucjatę reprezentowało kilkunastu najwierniejszych, którzy pod klubem pozostali jeszcze przez kilka następnych godzin, w czasie gdy kilkaset osób w B90 było świadkami wielkiego, metalowego wydarzenia.

Behemoth, Tribulation, Merkabah, Mord’A’Stigmata

B90, GDAŃSK Wyprzedana w całości niedzielna ceremonia rozpoczęła się występem black metalowego Mord’A’Stigmata. Klub wypełnił gęsty dym, czerwone światło i wręcz rytualny, magiczny klimat. Kapela skupiła się na materiale z ostatniego, świetnego wydawnictwa Ansia. Jako kolejny z trzech supportów, półgodzinny set dali Warszawiacy z Merkabah. Eksperymentalny projekt cudownie łączący połamane dźwięki gitar i saksofonowe improwizacje w wykonaniu Rafała Wawszkiewicza (znanego także z kolaboracji z Blindead czy So Slow), uderzyły z niesamowitą energią. Merkabah to świeżość, przestrzeń i odwaga twórcza, czego najlepszym dowodem jest wydany w tym roku doskonały krążek Moloch. Była to odpowiednio doprawiona i wyjątkowo smaczna niespodzianka.

Merkabah

Merkabah

Ostatnim supportem był szwedzki Tribulation. Po klubie rozniósł się zapach kadzideł, a ze sceny biła niesamowita moc i charyzma. Zgromadzonych być może zaskoczył image androgenicznych gitarzystów i basisty wyjętych żywcem z lat 80-tych, rock’n’rollowe inspiracje i wspaniała, porywająca energia. Muzyka mówiła sama za siebie. Wpadający w ucho styl Szwedów, czerpiący z klasycznych brzmień w połączeniu z surowym black metalem, który kapitalnie uchwycili na albumie The Formulas of Death, to w wydaniu koncertowym prawdziwy killer. Dobór supportów na Polish Satanist Tour zasługuje na najwyższą ocenę.behemoth2 fot.Ola Burska

Wreszcie na sceniczne deski wyszedł Behemoth, grający w rodzimym dla Nergala Trójmieście. Na widowni można było dostrzec ludzi w przeróżnym wieku. Od nastolatków, poprzez znane w świecie muzycznym osoby jak choćby Grzegorz Skawiński, aż do osób w średnim wieku, w tym rodziców samego Adama Nergala Darskiego. Wrażenie zrobiła świetna sceniczna prezencja, scenografia i oszałamiające efekty pirotechniczne. Koncert rozpoczęło zacinające się nagranie modlitwy „Ojcze Nasz”, z zakłóceniami niczym ze zniszczonej taśmy czy filmów grozy. Tyle, jeśli chodzi o osławione w mediach bluźnierstwa.

W intensywnym i wyczerpującym secie nie zabrakło utworów z ostatniej płyty. Pojawiły się „Blow Your Trumpets Gabriel”, „Ora Pro Nobis Luficer”, „The Satanist”, „Furor Divinus” oraz „O Father O Satan O Sun!”. Były także żelazne punkty każdego występu Behemoth, czyli „Decade of Therion”, „Christians to the Lions”, „Conquer All” czy „Slaves Shall Serve”. Równie świetnie wypadł cover Siekiery „Ludzie Wschodu”. Klasa, wielka siła, rozmach i wigor. Behemoth po raz kolejny pokazał najwyższy światowy poziom. Nie trzeba więcej słów. Było głośno, gorąco i piekielnie dobrze. Tekst: Aleksandra Burska

BEHEMOTH I OSTATNIA KRUCJATA – WROCŁAW, ETER Taki zestaw kapel na jednej trasie mógł przyciągnąć nie tylko fanów machania kudłami w rytm muzyki, chociażby z uwagi naB fakt nagłośnienia całej sprawy przez media i środowiska katolickie, nadające temu wydarzeniu dodatkowej pary i rozgłosu. Tak się dziwnie składa, że w tym smutnym jak pizda kraju o Polish Satanist Tour 2014 wiedziały chyba nawet wszystkie koła gospodyń wiejskich, a każda babcia z różańcem w dłoni przeklinała, lub modliła się w intencji Adama Darskiego. Nie inaczej było dokładnie 5 października, w niedzielne popołudnie kiedy wybrałem się z ekipą znajomych na gig Behemoth, Tribulation, Merkabah i Mord’A’Stigmata do wrocławskiego klubu Eter.

Eter, na codzień dyskoteka, a niedawno miejsce ostrego starcia dresiarzy z policją, opisywanego w loklanych gazetach, zakończonego strzelaniną, gościł już gwiazdę wieczoru, nie raz, nie dwa. Po skonsumowaniu pizzy w znanym każdemu, ceniącemu sobie uciechy podniebienia miejscu, znajdującemu się przy ul. Ofiar Oświęcimskich 19, udaliśmy się pod ów klub, aby – zanim cokolwiek się zacznie – zobaczyć jak potoczy się próba wypędzenia diabła z Breslau. O całej zorganizowanej akcji wiedziałem już z internetu, parę dni wcześniej podobna rzecz miała miejsce w Poznaniu, ale tam nie było aż tak wesoło, gdyż przy pomocy osoby zajmującej stanowisko i podejmującej decyzje w sprawie imprez organizowanych w Eskulapie, odwołano całą imprezę, jedynie supporty zagrały samotnie dzień po gigu we Wrocławiu, ale o tym i tak pewnie wszyscy zainteresowani wiedzą aż za dobrze, więc nie ma co drążyć tematu. Pod Eterem rzeczywiście, było tłoczno i głośno, a to za sprawą megafonu i modlitwy zgromadzonego koła różańcowego, w celu zbawienia uczestników koncertu. Z zapowiadanych 300 osób mających udział w wiecu pod potężnie brzmiącym hasłem „Krucjata Różańcowa za Ojczyznę”, naliczyliśmy jeno 11 (słownie: jedenaście) osób, z czego większość, o ile nie wszyscy, była grupką emerytów, zapewne członków pobliskiego domu seniora. Szkoda, bo po cichu liczyłem na jakieś zamieszki, może nie tak spektakularne jak wspomniana bijatyka z oddaniem strzałów ostrzegawczych w powietrze, ale myślałem, że będzie na co popatrzeć. Niestety, „krucjata” wzbudzała co najwyżej politowanie, gawiedź zebrana przed wejściem, mówiąc językiem kolokwialnym robiła sobie z nich jaja, kręcąc kamerami filmiki, lub pstrykając co rusz „sefie”, pod sporych rozmiarów flagą polski z wpisanym sloganem. W związku z powyższym, nie tracąc czasu, oddaliśmy bilety panom ochroniarzom, po czym zeszliśmy schodami na samo dno, aby zobaczyć jak na pierwszy ogień sprawdzi się Mord’A’Stigmata. Ci zaczęli dosyć szybko, bez poślizgu, nie zdążyłem nawet zażyczyć nalania sobie piwa do plastikowego kubka, co uczyniłem zaraz po ich występie, ale do rzeczy. Mord’A zagrała bardzo fajny set, zwięzły i bez przeciągania struny, nie powiem, że poświęciłem im swoją całą uwagę, w moim wieku nawet cztery zespoły w ciągu jednego wieczora to już całkiem sporo, więc po paru kawałkach udałem się w wiadomym celu, przepłukania gardła i kulturalnego podyskutowania z kolegami i koleżankami. Pewnie w innych warunkach mógłbym powiedzieć o nich dużo więcej, ale wolę skupić się na tym co było później. No tak, Merkabah to nie moja bajka, tzn. kapela oczywiście może się podobać, ja nastawiłem się psychicznie na porządny łomot tego dnia, także progresywny jazz metal nie do końca sprawił, że poczułem się lepiej. Popijając kolejny specjał, czekałem już jedynie na nadchodzące dwa dania główne. Pierwszym z nich był szwedzki Tribulation; podczas ich występu wydawało mi się, że na koncercie będzie świeciło pustkami, co prawda zgromadzili więcej publiki niż poprzednicy, ale można było spokojnie poruszać się, nie przeciskając się na siłę, ani nie depcząc nikomu po palcach tudzież piętach. Panowie grali i grali, światła błyskały i z niczego zrobił się naprawdę fajny klimat, leciały głównie numery z ostatniego, genialnego albumu „Formulas Of Death”, co zadziałało na kilku młodzieńców, którzy zaczęli rozbijać się tribulation1 fot.Ola Burskałokciami, utrudniając odbiór dźwięków dobywających się ze sceny nie tylko sobie, ale i kilku melomanom, którzy przybyli w to właśnie miejsce, wliczając mnie. Co zrobić, młodzież musi się wyszaleć. Wszystko było ładnie, pięknie, nawet czarne prześcierało z namalowanym na biało Nosferatu ze skrzydłami nietoperza i gotycką nazwą zespołu powyżej. Było mrocznie, może poza ubiorem gitarzysty, nie dość, że swoją posturą przypominał anorektyka w zaawansowanym stadium, to na domiar złego wbił się w damską bluzkę, posiadającą nawet miejsce na biust, w który się akurat nie wpasował. Nie jestem żadnym homofobem i naprawdę na wiele dziwactw potrafię przymknąć powiekę, ale jakoś kuło mnie to w oko i co gorsza utkwiło mi w pamięci. Nie pomogły mu nawet dzikie miny, które stroił w kierunku publiczności, ani wymalowana buźka, jak z Poranka Żywych Trupów. Oczywiście, pomijając ten drobny mankament, nie wpływający przecież tak strasznie na całość sztuki, było lepiej niż bardzo dobrze, także po ich koncercie już miałem poczucie dobrze spożytkowanych pieniędzy przeznaczonych na wejściówkę. Nastąpiła przerwa techniczna, chwilę to trwało, ale Behemoth ilością gratów wnoszonych i umieszczanych na deskach sal, w których grają, ustępuje miejsca chyba tylko Iron Maiden, ale udało im się to w miarę sprawnie ogarnąć. Nagle wokoło zrobiło się czarno od fanów i dopiero wtedy można było mniej więcej stwierdzić ilu ludzi może pomieścić ten loch, biała była jedynie perkusja Inferno; na płycie, na obrzeżach i balkonach, wszędzie tłumy. Po kolejnej chwili zgasły światła, poleciało intro i rozpoczęli od „Blow Your Trumpets Gabriel”, który spowodował totalne spustoszenie, amok na scenie i tuż pod nią. Jeśli łudziłem się, że w spokoju obejrzę to przedstawienie, już wtedy przeszła mnie dreszcz na myśl, że nic z tego. Nie było zmiłuj, co tu dużo mówić, lecieli samymi killlerami, bo zaraz potem przywalili „Conquer All”, „Decade Of Therion”, do którego tekst wszyscy znają, a tak między nami, to przez tę pieprzoną parodię zawsze już będę słyszał, że „kotek odkopał prezent” itd., ni ch…, nikt nie jest w stanie tego cofnąć. Co tam było jeszcze? Aha, genialny „Ora Pro Nobis Lucifer”, „As Above, So Below”, ukochany „Slaves Shall (fucking) Serve”. Dalej „At The Left Hand Ov God” z „Apostazji”, następnie „Ov Fire And The Void” na żywo za każdym razem robi robotę. Kompletnie nie spodziewałem się, ale zagrali „Ludzi Wschodu”, będących jedynym kowerem granym przez nich w ostatnich latach poza słynną wersją „I’ve Got Erection” Turbonegro, był też punkowy akcent i to mi się akurat cholernie podobało. Na sam koniec „O Father, O Satan, O Sun”, majstersztyk, a druga połowa tegoż kawałka, z podobizną diabła na twarzach wszystkich muzyków i ten zajebisty kończący riff, były zwyczajnie wisienką na torcie. Czad!behemoth3 fot.Ola Burska

Co tu dużo mówić, zespół dwoił się i troił żeby nikt nie wyszedł stamtąd zawiedziony, i najprawdopodobniej im się to udało: buchały ognie, leciało konfetti (sic!), para jak z samowara, maski, krew, przebieranki, płonące rogi na scenie i cholera wie co jeszcze, bo być może coś mi umknęło w natłoku całego show. Tak, to trzeba im przyznać, że konsekwentnie tworzą show na światowym poziomie. Ok, ale żeby się tak znowu nie podniecać, na początku bieżącego roku zdarzyło mi się zobaczyć Behe w Londynie, podczas wspólnej, europejskiej trasy z Cradle Of Filth, gdzie koncert odbył się w wielkim teatrze, a nie w klubie dysko, było mniej kolorowo, bez efektów specjalnych i zbędnych udziwnień, także światła były użyte bez przesady, i wyszło zdecydowanie lepiej. Fakt, były podobne patenty, ale wszystko co tam się działo było wykorzystane w minimalnym stopniu i to był strzał prosto w 10. Nawet Cradle wypadli przy nich jak metalowy kabaret, z tymi plastikowymi kozłami i ubraniami rodem z gotyckich stoisk na tamtejszym markecie w Camden Town. Rozumiem, że chłopaki robią wszystko żeby każdy dzieciak po powrocie do domu, swojej mamie w euforii opowiedział z drobnymi szczegółami co tam się wyprawia, jestem jednak zwolennikiem zachowania pewnego umiaru, nawet jeśli o tego typu sztukach i pierwszoligowych zespołach mowa. Kończąc cały mój wywód zaznaczę jednak, że możemy być dumni z takich materiałów eksportowych, dzięki temu pewnie niejeden Amerykanin dowiedział się gdzie leży takie państwo jak Polska, i że nie jeździ się tam na oklep na niedźwiedziach polarnych, nie gotuje się zupy z kamieni, tylko gra pieprzony black metal. A lokalnym, religijnym fanatykom, którym wbrew konstytucji, co gorsza udaje się popsuć czyjąś ciężką pracę, takie widowiska i całą zabawę z tym związaną, cóż… odwrócony krzyż na drogę! Hail Satan! Tekst: Sam Tromsa

Zdjęcia (koncert w Gdańsku) – Aleksandra Burska