AT THE GATES – urwane przyrodzenia

O tym, że At The Gates to zespół dla death metalu ikoniczny i to z wielu względów, wie każdy, kto liznął chociaż temat. O tym, że zespół, zainfekowany jakimś nieznanym wirusem (tu i ówdzie nazwanym – „brak kasy”) powrócił po latach niebytu, mówiło się już od jakiegoś czasu. No i mamy całe dobrodziejstwo – jest płyta At War With Reality, są koncerty, jest Tompa w bejzbolówce. Wszystko się zgadza. Choć pytanie o sens takich powrotów pozostaje. Całe szczęście, że potrafią się obronić na żywca, bo niestety, płyta specjalnej chwały im nie przynosi.

At The Gates, The Sixpounder, The Dead Goats, In Twilight’s Embrace, Warszawa, Proxima, 22.05.2015

Jadąc na koncert, bałem się, że zespół nie wyskoczy ponad swoją legendę przypieczętowaną płytą „Slaughter of the Soul”, owe obawy okazały się mieć sens jedynie w temacie frekwencji – faktycznie, ta była zaskakująco mizerna. Być może gdyby grupa przyjechała do Polski kilka lat wcześniej, może pod szyldem np. „Slaughter Tour”, byłoby inaczej… Myślenie zabrało mi tak dużo czasu, że nie zdążyłem na pierwsze supporty, czyli In Twilight’s Embrace i The Dead Goats. Szkoda, bo obydwa chciałem zobaczyć. Zdążyłem za to na The Sixpounder, jednak nie powiem, że byłem zachwycony. Wprawdzie od strony technicznej wszystko się zgadzało, ale te śpiewane refreny i budzące skojarzenia z wodzirejowaniem, przesadne interakcje z publicznością to dla mnie Juwenalia, choć rozumiem, że komuś mogło się podobać.ATG1a

To, na szczęście, koniec narzekania, bo At The Gates zachowali się jak bohaterowie, grając siarczysty show, jakby publiczność liczona była w tysiącach. Po tym poznaje się szaleńców i takie też było wykonanie, które od razu pozwoliło mi zapomnieć o niedostatkach ostatniej, studyjnej produkcji Szwedów. Kwintet z Gothenburga ustawił wieczór w kategorii „niezapomniane”. Grupa przedstawiła setlistę maksymalnie przekrojową i choć oczywistym było, że największy szał wzbudzą nieśmiertelne hity z wiadomej płyty, nowe rzeczy, ubrane w miażdżące brzmienie też zarządziły, że wspomnę choćby „”Death And The Labyrinth”, „At War with Reality”, czy „Heroes And Tombs”, które urywały przyrodzenia na równi ze starszymi kompozycjami. Dlaczego na płycie się to nie udało? Cóż, sam nie wiem…ATG3

Zespół wydawał się być zadowolony z przyjęcia, ruch na scenie odpowiedni, choć wiadomo, że to Lindberg przykuwał uwagę. Dostaliśmy prawie półtoragodzinny, dobrze nagłośniony (co nie było takie oczywiste…) set, widoczna była radość grania zamiast odrabiania pańszczyzny, co niejednokrotnie się przecież zdarza. No i sama postać Tompy w swojej nieśmiertelnej truckerce sprawiła, że uśmiech jeszcze długo nie schodził mi z twarzy. Na Odyna! Warto było!

Słuchał, bawił się i fotografował Łukasz Szymański