ANTI-HUMAN, ANTI-LIFE – Ad Hominem, Massemord, Decline, Mordhell

Wokół trasy „Anti-Human, Anti-Life”, która przetoczyła się przez nasz kraj pod koniec września nagromadziło się sporo kontrowersji, głównie tych dotyczących graniczącego z politycznym ekstremizmem wizerunku niektórych występujących w jej ramach zespołów.

24.09.2010, Klub „U Bazyla”, Poznań

Co do ideologicznych zapatrywań będącego headlinerem Ad Hominem pojawiało się ostatnimi czasy mnóstwo sprzecznych opinii – posługiwanie się przez ów band jeszcze nie tak dawno temu symboliką krzyża celtyckiego, swastyk i nordyckich run o jednoznacznych konotacjach politycznych wciąż budzić może niesmak i oczywistą sprawą były starania środowisk antyfaszystowskich, by prędzej czy później udaremnić odbycie się poszczególnych koncertów. Ostatnie oświadczenia członków tej francuskiej formacji na temat stosunku do skrajnie prawicowych zapatrywań najwyraźniej nie wydały się w 100% jasne i wiarygodne, co zaowocowało szeregiem akcji bezpośrednich, jak choćby wybiciem szyb w busie, którym cała obsada tournee poruszała się po kraju. Nie będę tu pisał, że interesuje mnie przede wszystkim muzyka i że wisi mi to, jakie treści są za jej pośrednictwem przekazywane, jak często czyni to masa ludzi, którzy odwiedzają tego typu imprezy. Postanowiłem za to osobiście skonfrontować się z kolebką zła, jednocześnie weryfikując pogłoski z faktami.

Wieczór otworzył poznański Mordhell, prezentujący surowy, oldschoolowy black metal z lekko punkowym drive’m. Mając mocne poparcie wśród lokalnej gawiedzi, dali niezły, bardzo energiczny show. Dzierżący mikrofon Necrophiliac wystąpił w motocyklowej chuście na głowie a la Kvarforth z Shining, która dosyć zabawnie komponowała się z corpsepaintem, nadając występowi poznaniaków nieco groteskowego wymiaru. Wkrótce po nich na scenie zainstalował się śląski Decline, który wciąż poruszając się w blackmetalowej stylistyce, zaprezentował diametralnie inną jej interpretację. W miejsce rozpędzonych rytmów, wkroczyły totalnie ciężkie, wolne beaty, które wraz z gitarowymi tremolami tworzyły przepotężną ścianę dźwięku. Frontman Decline, Thabel mógł budzić pewne spekulacje ogromnym wizerunkiem orła białego, wytatuowanym na plecach, jednak występ pozbawiony był jakichkolwiek treści, które w najmniejszym stopniu zahaczałyby o politykę. Kiedy wraz ze swą formacją opuścili scenę, dość prędko zainstalowali się na niej katowiczanie z Massemord. Nie ukrywam, że to na ich show czekałem najbardziej i nie zawiodłem się. Zwarta setlista, instrumentalne zawodowstwo i ścisłe brzmienie były już wystarczającymi przesłankami, by sztukę zaliczyć do udanych. Jeśli doda się do tego oziębłe wrażenie, jakie wymusza zasadnicze i lekko psychotyczne zachowanie członków tego zespołu, to można mówić o pewnej zjawiskowości. Gros uwagi wciąż koncentrują na sobie stojący za mikrofonem złowrogo opętany Namtar oraz strojący kuriozalne miny Nihil. Zaczęli od „Let the World End in Fire”, a w dalszym ciągu tego kurewsko intensywnego show można było usłyszeć m.in. „Śmierć Ludzkości”, „Man’s Death in My Eyes” oraz „Eerie We Have to Be”. Chłopaki zaprezentowali też krótki wycinek nadchodzącego krążka, który pomimo wyraźnych stylistycznych różnic dobrze odnalazł się pośród starszych kompozycji. Na tle tak pokaźnej dawki brutalności, występ Ad Hominem nie przedstawiał się już równie wyraziście. Francuzi po prawdzie pokazali perfekcyjne rzemiosło, jednak przy praktycznie zerowym zaangażowaniu emocjonalnym w swój show. Wszyscy, którzy stawili się tego wieczoru głównie z ich powodu mieli prawo poczuć się rozczarowani i potraktowani z góry. Poprawność to niestety nie wszystko. Cóż, wygląda na to, że zespół ten istnieje głównie dzięki wzbudzanym co jakiś czas kontrowersjom…

Tekst: Cyprian Łakomy

Zdjęcia: Mirek Zajatan