AMENRA – W prostocie siła

Charakterystyczną cechą kolektywu Church Of Ra jest operowanie przez wszystkich wykonawców niemal tymi samymi emocjami, lecz za pomocą zgoła odmiennych środków wyrazu. Najbardziej kojarzony z muzyką ciężką i agresywną – taką, jaką na co dzień tworzy zespół – matka Amenra czy ostatnio coraz bardziej popularny Oathbreaker – w cieniu najpopularniejszych projektów skrywa bardziej intymne oblicze swoich członków. To samo, z którym polscy fani mieli okazję obcować podczas koncertu we wrocławskim Firleju.

Amenra/CHVE/Syndrome, Klub Firlej, Wrocław, 21.02.2017r. 

Nie wydaje mi się, by opisywanie każdego występu z osobna miało większy sens. Niezależnie, czy mieliśmy do czynienia z bardziej folkowym obliczem projektu CHVE, zanurzoną w ambiencie i drone’ach propozycją Syndrome czy wreszcie z intymną i subtelną stroną Amenra – wszystkie te koncerty spięte były wspólną klamrą i obrazowały te same emocje. Podobnie jak w przypadku skrajnie agresywnych i ciężkich „Mass” Amenra, muzycy pragnęli przedstawić to samo, czyli zagubienie, smutek, poczucie samotności i bezsilności. Tym razem jednak nie robili tego dając upust swojej wściekłości, lecz – mimo pozornego zamknięcia się w swoim gronie – zaprosili słuchaczy do przeżycia bardzo intymnego wydarzenia.

Oprócz samej muzyki istotne było wszystko to, co kreowało atmosferę tego koncertu i sprawiało, że emocje, jakie chcieli uwolnić muzycy, dodatkowo gęstniały. Niemal całkowita ciemność, sugestywne wizualizacje (zwłaszcza w przypadku Syndrome robiły wrażenie – Amenra pod tym względem zaprezentowała się dużo skromniej) czy wreszcie to, co najbardziej charakterystyczne dla Belgów, czyli gra tyłem do publiczności (na potrzeby akustycznych koncertów nieco zmodyfikowana – w tym przypadku muzycy grają w kole, zwróceni twarzami do jego środka). To właśnie te elementy sprawiały, że przeżywanie tych trzech wcale niezbyt długich występów było jeszcze silniejsze.ra na krzesełkach

Być może Amenra momentami nieco przynudzała, za bardzo taplając się w jednoznacznie depresyjnych utworach, często zbyt do siebie podobnych, jednak chwilami – zwłaszcza, gdy grali wstęp do „Nowena 9.10” czy „Parabol” z repertuaru Tool – potrafili znacznie mocniej chwycić za serce. Skąpani w mroku, skupieni i wyciszeni, stanowili zupełne przeciwieństwo dla dzikiego i pełnego ekspresji elektrycznego oblicza zespołu. Tym razem było to przedstawienie, w którym niemal tę samą rolę, co dźwięk, grała cisza.

Był to bodaj piąty raz, gdy widziałem Amenra na żywo i drugi, gdy Belgowie grali akustycznie i za każdym razem dość mocno przeżywam te występy. Nie wiem, być może to kwestia samej muzyki Amenra, możliwe, że chodzi o ich specyficzną prezencję, a może po prostu mam do tego zespołu niezrozumiałą słabość. W każdym razie, mało który artysta – przynajmniej z podobnej półki – jest w stanie nie tylko tak kompletnie przygotować swoje koncerty, grając zarówno za pomocą instrumentów, jak w równym stopniu posiłkując się silnym wizerunkiem, ale przede wszystkim wykrzesać z siebie tak duże pokłady emocji. Tak jak w przypadku wrocławskiego koncertu – za pomocą bardzo prostych, niezwykle bezpośrednich środków. Sądzę, że to właśnie w tej prostocie tkwi największa wartość Amenra.

Tekst i obrazek: Michał Fryga