ALGIERS – Perfekcyjna maszyna

Algiers na łamach Violence pojawił się już dwukrotnie przy okazji premier płytowych – debiutu i świetnego następcy „The Underside of Power”, o którym pisaliśmy tak: konsekwencja, równowaga i wielobarwność w służbie żarliwej myśli rewolucyjnej. Wiadomo, jest utopia, ale przecież takie rzeczy nadal robią wrażenie. I może gdzieś tam poruszą ukrytą, zbuntowaną część naszej natury… Najwyższy czas sprawdzić, jak ten ciekawy i nieoczywisty zespół radzi sobie na żywo. 

Algiers, Hope, Klub Niebo, Warszawa, 09.11.2017r. 

Pierwszy raz byłem w Niebie. Spora sala, ma swój klimat. Nawet toalety ekskluzywne. Ceny w barze również, ale co zrobić, gdy człowiek spragniony i dopiero wyhamowuje po pracy.
Rozpoczęło Hope. Lekkie usztywnienie na scenie, sprawiające wrażenie niepewności. Później było już bardziej odważnie. Szkoda, że brzmienie i proporcje pomiędzy instrumentami pozostawiały wiele do życzenia. Były tzw. momenty, ale w ogólnym rozrachunku wszystko wypadło nieco monotonnie i niezbyt wciągająco. Na plus sympatyczna wokalistka. Zresztą, obydwa zespoły – o czym mieliśmy okazję przekonać się po koncercie – to przemiłe, bardzo kontaktowe załogi.A1

Algiers. Dźwięki intro i wszystko jasne. Jeden z tych koncertów, na które czekałem wiedząc, że będzie dobrze. Ale nie, że aż tak. Zatem nie będę stopiował napięcia – unikalny, charyzmatyczny zespół, zaangażowany i rażący wielką siłą. A to przecież nie metal, hc/punk, czy inne „mocne granie”. I to jest właśnie w Algiers najpiękniejsze. Pasja. Czterech, zupełnie różnych gości zmieniających się na scenie w transowy kolektyw, gdzie pieśni niewolników mieszają się z soulem, elektroniką, punkiem i eksperymentem. Ogień na scenie. Energia, która wkręca i porywa. Przesadzam? Wcale. Od koncertu minęło parę dni, a ja wciąż wspominam, bo to jeden z gatunku tych niezapomnianych. A wbrew pozorom, pomimo ponad ćwierci wieku uczęszczania na wszelakiej maści występy – nie ma ich na mojej prywatnej liście zbyt wielu.A2
Zaklinajacy wokal i ekspresja sceniczna Franklina Jamesa Fishera, lekko wycofany ale mistrzowsko robiący swoją robotę gitarzysta, perkusista o aparycji Joeya Ramone i wreszcie doskonały basista choreografią przypominający Freddiego Mercurego przebranego za pokojówkę. Ta maszyna złożona z indywidualistów działa perfekcyjnie. Wokal, bas, gitary, bębny, przeszkadzajki i elektronika zespolone w niepowtarzalnym stylu. Chłopaki póki co nie splamili się nawet jednym słabym utworem, scenicznie udowadniają klasę i to, że grają w swojej własnej lidze. „Black Eunuch”, czy „Walk Like A Panther” zrobily piorunujące wrażenie. Najbardziej piosenkowy hit, czyli „The Underside Of Power” – zmiażdzył, a „Hymn For An Average Man” przeniósł w podróż jeszcze dalej. Właściwie można by wymieniać kawałek po kawałku.
Pisząc to znów zastanawiam się, czy nie stonować bardziej emocji. Chłód i dystans mogą wszakże zabrzmieć bardziej profesjonalnie. Ale nie – nie tym razem. Koncert był prosto z trzewi, to i relacja z trzewi. Nie przesadzam.

Tekst i zdjęcia: Łukasz Szymański