ALAMEDA5 – Piramida rytmu

Ileż to już było tych Alamed…  Tyle ile trzeba – można odpowiedzieć. Ja jednak miłością największą darzę twór oznaczony cyfrą 5. O „Duchu Tornada” pisałem w samych superlatywach, dlatego na następczynię, zatytułowaną „Eurodrome” czekałem z niepokojem i choć męczę materiał już od jakiegoś czasu, recenzję postanowiłem napisać dopiero po konfrontacji z nową odsłoną A5 na żywo. No i udało się, przy okazji napiszę też kilka słów o rzeczonym recitalu.

Alameda 5, Warszawa, Klub Pogłos, 08.03.2019r. 

Jeśli szukać odpowiednich słów dla zdefiniowania fenomenu A5, te najlepsze to „trans”, „kolektyw”, „improwizacja” i „poszukiwanie”. Alameda cały czas się zmienia i oblicze jakie zaprezentowała na piątkowym koncercie także odbiegało od tego co znaleźliśmy na wspomnianym „Duchu Tornada”. Wydaje mi się, że z biegiem lat A5 krzepnie, staje się coraz bardziej zwarta, pewna siebie i może nieco oszczędniejsza w środkach, bo po rozmachu „Ducha Tornada”, na nowej płycie prezentuje dziesięć w sumie zwięzłych kawałków, z których część usłyszeliśmy na koncercie. Pogłosowa sala jest dla Alamedy idealna – mieszczą się w sam raz, kontakt z publiką bezpośredni, choć zespół raczej nie zabawiał się w konferansjerkę, zanurzając się w swoim, kreowanym na żywca świecie.Alameda 5 Pogłos

Układ w zespołowych szeregach był bardzo wyraźny. Podstawa to sekcja, która niczym trzygłowe monstrum napędzała machinę w sposób mogący budzić ekstazę. Pozornie najskromniej prezentował się zastępujący Mikołaja Zielińskiego basista Piotr Michalski (3moonboys), który grał proste, acz sugestywne podkłady. Paradoks polegał na tym, że to właśnie jego partie trzymały często rytmiczny pion, dając Rafałowi Iwańskiemu i Jackowi Buhlowi duże pole do solowych popisów. Bogactwo perkusjonaliów pozwalało im na swobodne koloryzowanie i wariackie odchodzenie od istoty rytmu na rzecz zabaw dźwiękiem, co tworzyło istną, rytmiczną piramidę, w której można było usłyszeć przeróżne inspiracje, od orientu po Afrykę. Osobny rozdział to Kuba Ziołek i Łukasz Jędrzejczak, których dyspozycja była tego dnia doskonała. Szczególnie obsługujący elektronikę Łukasz wzniósł się na wyżyny, generując rewelacyjne dźwięki na przecięciu pijanych, jazzowych wariacji a skończywszy na mrocznych, niepokojących preparacjach. Słyszalne na płycie fascynacje krautem i latami 80., na koncercie ustępowały miejsca szaleńczej zabawie dźwiękiem i w sumie, żeby doświadczyć tej muzyki, musiałbym koncert zobaczyć/usłyszeć przynajmniej ze dwa razy, bo za jednym podejściem trudno było się skupić na każdym aspekcie alamedowej układanki. Być może jestem bezkrytyczny, ale koncert był po prostu doskonały, w dodatku nadworny kręcacz gałek, Tony Kinsky, ukręcił bardzo przyjazny dla słuchu sound – nie pamiętam, kiedy ostatni raz oglądałem koncert bez zatyczek w uszach. Po takim koncercie lektura płyty, o czym niedługo napiszę, była zdecydowanie bardziej świadoma. Polecam tę załogę – zwróćcie na nich uwagę jak pojawią się na mieście.

Arek Lerch