AGALLOCH – przekraczać granicę kiczu

Upalne lato to nie jest najlepszy moment na koncertowy ścisk i hałas w spoconym po sufit klubie. Czego się jednak nie robi dla muzyki. Tym razem powód był co najmniej dobry, bo do stolicy zawitał Agalloch, od dobrych dwudziestu lat mieszający folk z black metalem z domieszką post rockowej blazy i doom’owego ciężaru. Mikstura intrygująca, tym bardziej, że balansuje na krawędzi dobrego smaku. Ekipie Johna Haughma udaje się jednak zręcznie umykać stylistycznym pułapkom, o czym mogła się przekonać zaskakująco duża grupa słuchaczy.

 

 

Agalloch, John Haughm solo, 29.07.2015,  Hydrozagadka, Warszawa

Jeszcze przed wejściem do Hydrozagadki, uderzającym widokiem była wspomniana ilość ludzi, która przybyła na koncert. Momentami kolejka do wejścia ciągnęła się niemalże do bramy okalającej plac praskiego, klubowego zagłębia. Zaiste, nieczęsty to widok na warszawskich koncertach i to w środku tygodnia. Muzycy po opuszczeniu swojego błyszczącego, czarnego nightlinera, posilili się, wypili, zapalili co trzeba i jako pierwszy około godziny 20. wydarzenie rozpoczął się występ Johna Haughm’a – multiinstrumentalisty pełniącego w Agalloch rolę m.in. wokalisty i gitarzysty. Set zapowiadany jako eksperymenty z brzmieniem gitary taki właśnie był – dla mnie może nie tyle hipnotyczny i wciągający, co lekko usypiający – przy okazji doskonale pasujący do piwa i pogawędki. Pustek pod sceną jednak nie było.agalloch2

Sam Agalloch z pewnością swoich fanów nie zawiódł. Po intro kwartet ruszył z „The Astrial Dialogue”. Długi, prawie dwugodzinny set wypełniło w sumie jedenaście utworów, w tym takie kolosy jak m.in. „Dark Matter Gods”, „Into The Painted Grey”, czy „Falling Snow”. Zespół na scenie należy na szczęście do tych mniej statycznych, a i na kontakt z publicznością, jakość wykonania, czy brzmienie uskarżać się nie można było. Czyli wszystko się zgadzało. Osobiście nie jestem fanem twórczości Agalloch, choć doceniam ich dorobek i indywidualizm, bo chłopaki robią swoje od dwóch dekad. W moim odczuciu ich muzyce jednak zdarza się jednak przekraczać granicę kiczu i zmierzać delikatnie w stronę monumentalnej, ale jednak cepelii, popadając przy okazji w lekką monotonię.agalloch1

Reasumując: dobry koncert zespołu, którego nie jestem miłośnikiem. Ale ta swoista mieszanka black metalu, folku, post rocka, doomu i cholera wie czego jeszcze ma swoich oddanych fanów, którzy tego wieczora tłumnie ściągnęli i to nie tylko z Warszawy ale również całej Polski. I wydaje mi się, że dostali to, czego oczekiwali. Ja na ich miejscu byłbym zadowolony.

Fotografował i słuchał Łukasz Szymański