ZU – Jhator (House of Mythology)

I jak, doszliście już do siebie po weekendzie? Mnie przyszło to z trudem, ale – udało się. Duża w tym zasługa włoskiego ZU, którym wspomagałem kurację. O ich nowej płycie dziś – przed nadchodzącym, kolejnym weekendem – słów kilka.

I o włoskiej alternatywie też. Nie jest to kraj specjalnie kojarzący się z muzyką – zupełnie niesłusznie, tak jakbyśmy zapomnieli, gdzie zbudowano pierwszy fortepian (Bartolomeo Cristofori, poza tym forte, piano – głośno, cicho), kim był Paganini oraz Fabrizio de André. Ale ok, włoska alternatywa, a to głównie nią się zajmujemy, nie wypuściła w ostatnich latach zbyt wielu płyt, które zyskałyby sławę i ogólną aprobatę, natomiast kilka szmir się przytrafiło. Ja, na przykład, oprócz Paganiniego i Cristoforiego mam też inne skojarzenie z tamtejszą muzyką: Rhapsody Of Fire, które, niestety, cały czas istnieje. Od włoskiego power metalu wolę nawet rozgotowany makaron. Ale, ale – spójrzmy na jaśniejszą stronę księżyca: Ufomammut nadal miażdżą 90% konkurencji w swojej niszy (zdaje się, że w tym roku nowy album wydają, czekamy), Julie’s Haircut wydali niedawno kapitalny, pełen krautowych odniesień krążek, a w kręgach zbliżonych do pana Ufomammuta furorę zrobił jakiś czas temu debiutancki krążek zespołu Messa. Dobrze radzą sobie także połamany MoRkObOt i szugejzowy Klimt 1918. Pewnie gdyby się zagłębić bardziej, znajdziemy więcej nieodkrytych cudeniek i nieoszlifowanych diamentów. ZU nie jest ani nieodkryte, ani nieoszlifowane. Istnieją już 20 lat, i zdążyli w tym czasie wydać kilka ciekawych płyt – najbardziej znaną z nich jest prawdopodobnie „Carboniferous” z 2009r., na którym Włochów wspomogli Mike Patton oraz Buzz Osbourne. Dzieło to jest kakofoniczne, wymykające się definicjom i budzące skrajne opinie; podobnie jak znaczna część muzyki do której rękę przyłożył (albo głos dołożył) Patton. Na „Jhator”, najnowszym dziele ZU, Mike’a nie ma, no i atmosfera jest zupełnie inna.ZU

Włosi proponują nam jedynie dwie kompozycje. Tym razem całość jest bardziej stonowana – zamiast częstych zwolnień, przyśpieszeń i ogólnego rozgardiaszu, mamy gęste ambientowo/post-rockowe struktury, które rozwijają się w bardzo powolny i przemyślany sposób. Pod koniec pierwszego kawałka (mam nadzieję, że nie obrazicie się za ten spoiler) pojawia się nawet perkusja, co rozładowuje starannie budowane przez 17 minut napięcie. W „The Dawning Moon Of The Mind” napięcia jest jeszcze więcej, chociaż osiągnięto je innymi środkami. Zaczyna się od sielsko podgrywającej gitarki ze złowieszczą plamą dźwięku w tle – coś jakby zbliżała się burza. No i burza nadchodzi, a z sielskiej atmosfery robi nam się nagle piekło, ciemność i wszechogarniający niepokój. Pojawiają się sample, zgrzytania, pukania, co tylko dopełnia schizofrenicznej atmosfery. I taka właśnie jest ta płyta – schizofreniczna, skrajna i na swój sposób szalona. Jest to ten najbardziej tajemniczy i przerażający rodzaj szaleństwa, dobrze maskowany – taki, którego nikt się nie spodziewa. Wiecie, uśmiechnięty starszy pan, którego widywaliście codziennie, a który teraz morduje całą rodzinę by później spakować ją do beczek i zakopać w ogrodzie. Mało to było takich przypadków? Zło czai się wszędzie. Podczas słuchania „Jhator” wylewa się z głośników.

Paweł Drabarek

Cztery i pół