ZOHARUM – siedem w jednym

Z lekkim opóźnieniem przemielam wiosenne premiery Zoharum. Zimne ambienty, złowieszcze industriale, psychoaktywne drony, dziwne impro i elektroniczny laptop-doom z komórki na szczotki to najlepsza muzyka na to upalne, słoneczne lato. Niech trwa impreza!

Na początek – kolejna porcja zoharumowych wznowień albumów Rapoon, tym razem tych mniej „typowych” w dorobku Robina Storeya. „Rhiz” z 2002 roku to album nie tyle flirtujący, co jawnie puszczający się z taneczną elektroniką. Kłania się tzw. IDM w klimacie Autechre i Aphex Twin, ale taki grzecznie uczesany na house’owo, bez dziwnych polirytmii i glitch’ów. Spod rytmu wybijają się próbki wokalu i etniczne sample. Te wielominutowe formy zyskałyby na okrojeniu o jakąś 1/3, ale „Rhiz” to wciąż bardzo udany eksperyment (4 pkt.) Z kolei wydany w 2004 roku „My Life as a Ghost” słusznie uchodzi za jeden z najlepszych albumów Rapoon. Taneczny bit schodzi na dalszy plan i wybrzmiewa dub-technowym echem kojarzącym się z „kosmicznymi” wyprawami Biosphere („Patashnik”) i „arktycznymi” wypadami Aleca Empire („Low on Ice”), lekko doprawionymi glitch’owym zgrzytem i etnicznymi samplami, które Storey tak bardzo sobie umiłował. Przy zachowaniu spójnego klimatu całości, każdy utwór jest charakterystyczny i na swój sposób chwytliwy, co czyni z „My Life as a Ghost” album wyjątkowy i daleki od ambientowej sztancy. (5,5 pkt.) Gdyby tak jeszcze Zoharum wznowił „Time Frost” to okazałoby się, że cały rapoonowy niezbędnik można nabyć łatwo i za rozsądny pieniądz…Rapoon

Different State uchodzi za klasyka polskiej sceny industrialnej, choć to uznanie było zawsze trochę „papierowe” – głównie w recenzjach i wąskich kręgach fanów muzyki dziwnej, a do szerszej świadomości jakoś się nie przebili. Przez lata bujali się trochę na pograniczu podziemnego industrialu, trochę dookoła metalu („Knar”, „Yield”), by w końcu zatracić się w eksperymentalnym, antygatunkowym odlocie. Ten przeskok dokumentują wydane odpowiednio w 2005 iDS 2006 roku płyty „More Than Music” i „It Cleans My Wounds”, funkcjonujące dotąd jedynie na CD-Rach, które nie przetrwały walki z czasem i powietrzem – dziś odświeżane dzięki Zoharum na dwupłytowym wznowieniu. Ówczesny Different State odkleja się od „godfleshowego” rdzenia ciążąc ku rejonom, których ojcem jest wczesny i środkowy Coil. Senne, transowe rytmy meandrują dookoła melorecytacji, zapętlonych motywów gitarowych i klawiszowych i dubowych efektów, tu i ówdzie wpadają w ofensywny noise. Osobiście najbardziej cenię tę płytę, która ukazała się między tu opisywanymi, czyli „The Power of Silence”, gdzie taka formuła sięgnęła szczytu, ale to wciąż świetne materiały, zdecydowanie warte przypomnienia. (5 pkt.)PAKIETOSKWIECIEN

„Niepublikowany materiał”, serio?! Gdybym miał tyle talentu i umiejętności, by stworzyć tak znakomitą muzykę, obiegłbym z nią cały internet i uznałbym, że moje życie jako twórcy jest spełnione… A na pewno nie kisiłbym jej w szufladzie. „Maľované Kvety & Xeroxové Motýle” zawiera dwie sesje, których wyciągnięcie z prywatnych archiwów dokumentuje dziesiątą rocznicę działalności Emila Mat’ko jako Strom Noir. Relatywnie płodna to działalność, ale ta niepozorna „składanka” to jeden z jej jaśniejszych punktów. Oniryczne, zwiewne, a przy tym hałaśliwe i surowe drony malują pejzaż spójny i z szlochem Stars of the Lid, i słoneczną melancholią zachwyconego „niekończącym się latem” Fennesza. Trwam w modlitwie. (5,5 pkt.)

Zasiadając do konfrontacji z albumem Makemake przygotowałem sobie wygodny fotel i tabletki od bólu głowy. Ot tak, na wszelki wypadek, gdyby „free improvisation” i „elektroakustyka” okazały się tym, czego się spodziewam… Ok, „Something Between” nie jest albumem łatwym, ale nie sprawia wrażenia zbitku przypadkowych dźwięków żenionego naiwniakom jako „awangarda”. No i Ibuprom potrzebny nie jest. Są tu świetne momenty, jak „A-bow” – rzeźbiony elektronicznym smyczkiem dron czy snujący się na jassowo „utwór” tytułowy. Niestety całościowo nie porwała mnie ta podróż w nieznane, i nie ma w tym nic złego, bo Makemake nie mizdrzy się do słuchacza i nie ma opcji aby przemówili do wszystkich. Ja nie wsiadam, ale szerokiej drogi, panowie! (3 pkt.)EOY

Zazwyczaj mam wątpliwości odnośnie sensu wydawania oficjalnie tego, co nie zmieściło się na płytę. Z punktu widzenia słuchacza selekcja i odsiew są równie ważnie jak twórcze zrywy. Słuchanie wszelkich reedycji z „dodatkowym” materiałem zazwyczaj podsuwa refleksje typu „rozumiem, dlaczego to nie weszło na płytę”. Dlatego „The Healing SessionsEchoes of Yul traktuję jako lekturę uzupełniającą w stosunku do „The Healing”, z którym bardzo mocno zżyłem się przez ostatnie dwa lata. Bynajmniej nie znaczy to, że wartość tego materiału jest czysto kolekcjonerska, bo wśród tych trzynastu utworów jest kilka prawdziwych pereł… ale i kilka momentów, które nie pasowałyby na żadne dotychczasowe wydawnictwo Michała Śliwy, choćby dziwaczny „La Chevre”. „The Healing Sessions” to bonus do znakomitej płyty, który raczej nie zaprosi nowych słuchaczy do świata Echoes of Yul, ale za jakiś czas może być odbierany jako pomost między „The Healing” a kolejnym materiałem, który będzie jeszcze bardziej… Albo nie, o tym innym razem. (4,5 pkt.)

Bartosz Cieślak