ZGNIŁA ZIELEŃ – Maciej Krzywiński (In Rock)

Maciej Krzywiński jest znany polskiej metalowej braci głównie z kart Metal Hammer i Musick Magazine. Na łamach obydwu periodyków notorycznie wkurza ortodoksów łomotu najróżniejszymi rzeczami. Począwszy od wyjątkowo surowych ocen recenzowanych płyt, przez barwność języka, a na kontrowersyjności sądów zakończywszy. Oczywistym było, że prędzej czy później taka osobistość musi zabrać się za dłuższą formę literacką. Pierwsze dzieło popełnione przez Krzywińskiego to biografia Faith No More, przewrotnie zatytułowana “Królowie życia (i inne nadużycia”). Czy “Zgniła zieleń” – poświęcona historii Carnivore i Type O Negative – jest produktem powstałym na fundamencie sukcesu “Królów życia”? A może tworem, którego powstanie miało jedynie zaspokoić pisarski popęd “Krzywego”? Tego nie wiem, ale stwierdzam jedno: kupujcie “Zgniłą zieleń”, póki gorąca.

Nie ukrywam, jestem entuzjastą “Krzywego” stylu pisania, co już tłumaczy, dlaczego zabrałem się za lekturę “Zgniłej zieleni”. A ta nie przynosi zbyt wielu stylistycznych różnic w porównaniu z poprzednim dziełem tegoż autora. Maciej bardzo dynamicznie prowadzi narrację, a czytelnik – mimo wielu odniesień do źródeł historycznych – nie odnosi wrażenia obcowania z nudną, sztampową biografią. Raczej z powieścią, w której losy głównych bohaterów zmieniają się, jak w kalejdoskopie. Skoro już mowa o źródłach i kronikarskiej robocie Krzywińskiego, wypada złożyć mu gratulacje za kawał rzetelnie odbębnionej roboty. Maciej bowiem spory wycinek książki poświęca samemu Steele’owi, co chyba nie powinno nikogo dziwić. Przecież 99% muzyki i tekstów kapel, o których opowiada “Zgniła zieleń” to zasługa umięśnionego Petera. Petera w tej lekturze przedstawiono w zupełnie inny sposób, niż dotychczas. Nie jako macho za pstryknięciem palca przywołującego tłumy groupies do swojego łóżka. Pete to człowiek-paradoks, czemu autor dał wyraz już w notce promującej “Zgniłą zieleń”. Do tego niepoprawny romantyk, a wręcz pechowiec, bo kto wie, czy dalej nie byłby z nami, gdyby nie rozchwianie emocjonalne wręcz niemożliwe do pojęcia. A skoro zaczęło się od szczenięcych lat Petera, to i przeszło przez wszystkie formacje, które tworzył. Ich egzystencja na ziemskim łez padole (czasami niezwykle krótka) również została szeroko omówiona. Do tego przyczyniła się m.in. cała obsada rozmówców Maćka. Od Louiego Beato – bębniarza Carnivore – aż po reżyserów wideoklipów Type O Negative.Zgniła zieleń

Jest pewien element książki, który nie każdemu czytelnikowi może przypaść do gustu. Chodzi oczywiście o to, w jaki sposób Maciek buduje swoją narrację. Bo owa nie ogranicza się jedynie do przedstawiania kolejnych wątków w historii Steele’a. Krzywy nie byłby sobą, pozostawiając to bez wielorakich dygresji, dosyć specyficznych żartów, czy nawet rozciągniętych analiz wydarzeń, które nie miały znaczącego wpływu na losy Petera albo którejś z jego formacji. Osobiście, zupełnie mi to nie przeszkadza. Nawet mimo tego, że Krzywiński wielokrotnie balansuje na granicy wywrotki, co niewprawiony czytelnik może odebrać w różny sposób.

Podsumowując: polecam “Zgniłą zieleń” każdemu. Nie tylko fanom Type O Negative/Carnivore czy po prostu metalowcom. Ale każdemu, kto lubi zanurzyć się w dobrej książce. Intrygującej i wciągającej. A następczyni “Królów życia” taka właśnie jest.

Łukasz Brzozowski