ZENIAL – Minotaur (Zoharum Records)

Elektronika nie jest gatunkiem, który ma na Violence silną grupę reprezentantów, raczej sporadycznie o czymś takim piszemy. Kiedy jednak pojawiają się jakieś ciekawe, wychodzące poza nawias prostego przyciskania klawiszy dzieła, trzeba o nich coś powiedzieć. I taką płytą jest najnowsze dzieło Łukasza Szałankiewicza, ukrywającego się pod szyldem Zenial. Dopisek – nie dla wszystkich. Dopisek#2 – nie łączyć z substancjami chemicznymi.

Łukasz Szałankiewicz swój dogłębny flirt z wszelkiego typu syntetycznymi, mniej lub bardziej nieludzkimi dźwiękami rozpoczął tak dawno temu, że nawet najtęższe komputery o tym mnie pamiętają. Artysta to wszechstronny; nie tylko architekt dźwięku, ale także historyk, kurator muzyki elektronicznej i członek Polskiego Stowarzyszenia Muzyki Elektronicznej, jak czytamy w oficjalnym bio. Zatem, komu jak komu, ale Łukaszowi w temacie syntetyki wierzyć możemy. Żeby jednak uwiarygodnić jego postać fanom gitarowego hałasu dodajmy, że ma na swoim koncie chociażby introsy stworzone na potrzeby metalowców z Dira Mortis. Skoro wiarygodność jest, czas przejść do meritum, uprzednio jednak informuję – jeśli ktoś elektronikę utożsamia z przyjemnymi dźwiękami i kołyszącymi bitami, niech lepiej sięgnie np. po ostatnie produkcje Zombi.Zenial1

Propozycja Zeniala to w zasadzie muzyka eksperymentalna, bazująca na niedopowiedzianych, rwanych strukturach, opierających się raczej na pulsacji, która tworzy się w naszych głowach. Przede wszystkim jest to porcja oszczędnego hałasu, wycofanego, wielokrotnie zapętlanego i bardzo zimnego. Szałankiewicz snuje się gdzieś blisko, miejskich murów, w nocy i bez pośpiechu snuje swoje depresyjne opowieści. Często są zbudowane wokół jakiegoś prostego motywu stworzonego na syntezatorze, dźwięk pulsuje a wokół pojawiają się dodatkowe szumy, zgrzyty, niepokojące faktury, które powoli malują nieco psychodeliczny, rozmazany obraz. Czasami jest on bardzo skromny, to znowu urasta do poziomu kakofonii. Pozornie chaotyczny, ma jednak coś w rodzaju transowej klamry, która trzyma wszystko w kupie. W zasadzie traktuję płytę jako coś w rodzaju stymulatora, próby wciągnięcia słuchacza do zabawy w układanie własnych obrazów, kiełkujących po zetknięciu się z „Minotaurem”.

Płyta nie jest przegadana, to jedynie 40 minut, z których większą część tworzą nowe numery, zaś końcówka to fragment jakiegoś koncertu w Niemczech, gdzie na prowadzenie wysuwają się zdecydowanie bardziej zgrzytliwe i chaotyczne dźwięki. Intrygujące danie dla smakoszy, choć trudno wydać jednoznaczny „wyrok punktowy”…

Arek Lerch