ZEAL – Skies

W gatunku jakim jest metalcore i wszelkie jego pochodne, nasz kraj niespecjalnie wyróżnia się na terenie Starego Kontynentu. Choć przyznać trzeba, że po dziś dzień wielu fanów (głównie z Niemiec i terenów Rosji) doskonale wspomina Angelreich i wczesne oblicze In Twilight’s Embrace. Dziś, lata później, kiedy tamte formacje albo się rozpadły lub przeszły diametralną metamorfozę, ich miejsca zajęli młodsi stażem i wiekiem muzycy. Część z nich święci pomniejsze sukcesy, albo przygotowuje się do zmasowanego ataku na media i sale koncertowe w Polsce. Tyczy się to zarówno metalcore’owych hord jak i tych lawirujących na granicy śmierć metalu i hc. Całe szczęście, że spośród wszystkich załóg, które przeważnie tylko aspirują do miana „na poziomie”, co jakiś czas wyłania się perełka. Taką jest właśnie Zeal.

Chrześcijański post-hardcore żywcem zerżnięty z Ameryki w ich wykonaniu ani nie razi odtwórczością, ani nie jest wytworem rynku, który trzepie kasę na wszystkim, co dla Pana Boga. To jest Polska i ta część Europy rządzi się innymi prawami. Dlatego tak świadomych swoich umiejętności muzyków piszących przemyślane, inteligentne utwory, idealnie wpisujące się w obraną konwencję, będę chwalił i gorąco zachęcał do głoszenia nie tylko dobrej nowiny, ale przede wszystkim występów na żywo, które na nasze nieszczęście w przypadku Zeal nie dzieją się za często. Bardzo liczę na to, że grupa z Poznania albo podłączy się pod eventy, na których prezentuje się krajowa czołówka (i nie mam na myśli Eris is My Homegirl) albo nie bacząc na kryzys, w który powoli wkraczamy, ogarnie wszystko na własną rękę – bo po pierwsze: da się, a po drugie: grzechem byłoby nie pokazać tego materiału publiczności, która wyraźnie odczuwa głód takich dźwięków. Podpowiem, że dobrym przykładem takiego działania może być czeska (rosyjska) Marina.

Wracając do samej ep – ki: „Skies” to pięć rozbudowanych kompozycji może i nie urzekających specjalną brutalnością ani charakterystycznym dla takiego grania „wkurwieniem”, ale za to reprezentujących jeden utrzymywany przez całą rozciągłość krążka poziom. Szczególnie podoba mi się zupełnie odwrotna do panujących, plastikowych trendów produkcja (Aurora Studio!), umiejętne wykorzystanie elektroniki a’la The Elijah oraz mocny rytm towarzyszący wszystkim kompozycjom, z naciskiem na bardzo ładnie groove’ujący „Savior”. Mniej przemawiają do mnie nieco monotonne aranże wokalu i choć nie sądziłem, że to napiszę, brakuje mi większej ilości cleanów, które z pewnością zadecydowałyby o „przebojowym charakterze” materiału. Zrzucam to jednak na karb braku pomysłu na ich wykorzystanie. Dla niektórych konsekwencja w trzymaniu się wyłącznie screamów może być zaletą, ale nie ukrywajmy, na dłuższą metę jest to po prostu męczące.
Więcej zastrzeżeń nie mam. I mieć nie chcę. Thank God for Zeal.

Grzegorz “Chain” Pindor

Trzy