ZARAZA – Spasms of Rebirth (wyd. własne)

Kto wertował Thrash’Em All w drugiej połowie lat 90. i szukał w nich więcej niż raportów ze studia i relacji z koncertów Vader, ten w prowadzonej przez Pawła Frelika rubryce „podziemnej” mógł namierzyć nazwę Zaraza i recenzję ich albumu „Slavic Blasphemy”. Opis był na tyle zachęcający, by wystarać się o ten materiał u tapetradingowych mordeczek. Połączenie doom/death metalu z industrialnymi brzmieniami automatu perkusyjnego i „laibachowatymi” orkiestracjami okazało się strzałem w dziesiątkę – z tym większym wstydem przyznaję, że późniejsze wydawnictwa polsko/kanadyjskiego duetu zeszły mi z radaru. Pierwszą reakcją na „Spasms of Rebirth” było więc: „ooo, to oni istnieją?!”

Ano istnieją, znowu. Zaraza wraca po ponad dziesięciu latach jako zespół rozstrzelony między Teksasem a Ekwadorem (!), przyjmując metodę pracy, która dopiero przy dzisiejszym rozwoju technologii jest możliwa. Obecne oblicze Zarazy jest „dzisiejszo – niedzisiejsze”, lewą nogą zanurzone w brzmieniach lat 90., gdy drugą opłukują nurty całkiem współczesne. Elementy kojarzące się z „orkiestrowym” industrialem i bombastyczne syntezatory ustąpiły miejsca twardej, riffowej bazie. „Spasms of Rebirth” tkwi w szlachetnych, rewelacyjnie się starzejących brzmieniach starego Swans, Fall of Because/Godflesh, pierwszych płyt Pitch Shifter i Skin Chamber, a wszystko to polane doom-metalowym sosem. Z drugiej strony kompozycje i riffy zdradzają inspiracje tym, co dzieje się w ostatnich latach w szeroko pojętym sludge. Nie tym „postmetalowym” i smutnym, raczej tym narkomańsko-degenerackim, spod znaku Fistula czy Primitive Man. Wyraźnie słychać, że Jacek – kapitan tego statku – trzyma rękę na pulsie i nie trzeba (choć warto) przeglądać jego bandcampowych rekomendacji by zauważyć, że muzyka nie skończyła się dla niego po 1991, co jest przykrą przypadłością wielu jego równolatków.  Zarazie przysłużyło się metalowe samookreślenie, otwarcie na nowe gatunki, osuszenie muzyki z nadmiarowych dźwięków i zbędnych aranży, bo pojedyncze elektroniczne brzęknięcie starcza czasem za całą generowaną z pudełka orkiestrę.Zaraza

„Spasms of Rebirth” mógłby być jakąś tam „doommetalową odpowiedzią na Godflesh”, gdyby nie schiza i nerwica, którą podszyte są te numery. Mógłby być nudnym retro, gdyby jego twórcy zakładali, że najlepsza muzyka powstała, kiedy sami mieli 16 lat. Mógłby też męczyć zgraną formułą, gdyby Zaraza była zespołem nagrywającym rutynowo i z rozpędu. Czy trzeba było czekać 10 lat z okładem na kolejny album? Widocznie tak, najważniejsze, że warto było. „Spasms of Rebirth” to jeden z ciekawszych „powrotów” w ogóle. I też jeden z względnie nie wielu „sensownych” nie tylko z punktu widzenia dogadzających sobie muzyków, ale też dla słuchaczy. A że wielki świat go nie namierzy, to już inna sprawa – wy macie szansę.

Bartosz Cieślak

Pięć