ZAKK WYLDE – Book of Sadows II (eOne Music)

Czy kicz jest równoznaczny z metalem? Pewnie! Z każdą odmianą? Owszem, nawet death nie uniknął mariażu z estetykami rażącymi niezamierzonym komizmem. A stoner metal? Ceniłem ten gatunek za taką typowo amerykańską, wywalaną na wierzch przaśność. Z jednej strony do przesady bezpośrednią, lecz z drugiej wciągającą od pierwszych sekund. Powstała jednak taka kapela, która nadwyrężyła moje poczucie dobrego smaku, a każde zetknięcie skutkowało słabym humorem przez resztę dnia. Mowa oczywiście o Black Label Society. Zakk fajnie poczynał u Ozziego, ale szkoda, że u siebie już nie za bardzo. Macierzysta kapela tego sympatycznego piwożłopa dała ujście – jak pozwolę sobie to nazwać – hellyeah metalowi; chamskiej potupajce na dwóch akordach prezentowanej raczej publiczności zamykanej w obskurnej spelunie, aniżeli wielkim klubom. A na drugą część liczącej sobie już parę miesięcy „Book of Shadows” trafiłem zupełnie przypadkowo, błądząc w zapomnianych odmętach Internetu. Jakieś wnioski? Jestem rad, że tam trafiłem.

Brodaty Wylde na swojej drugiej „solówce” nawet na pół sekundy nie ustrzegł się typowo południowych inklinacji. To znowu muzyka ociekająca wręcz klimatem Ameryki, ale zamiast taniego browaru i przytłumionych umysłowo birbantów z podstarzałego baru, Zakk pod nosy tak wybrednych, jak ja, podstawił Pontiaca Firebirda, butelkę bourbona i zakurzoną już ramoneskę. „Book of Shadows” to nieco melancholijny kawał snutych leniwie, sennych melodii, których twórca z irytującego motocyklisty przeistoczył się w troskliwego wujka w podeszłym wieku. Takiego, co to siądzie przy ognisku i z rozstrojoną gitarą zacznie opowiadać dzieje swojego życia. Raz deklamując, raz nucąc, dostarczając wzruszeń, którym może ulec każdy, kto „Book of Shadows” przesłucha. Materiał sielski, kiczowaty do granic możliwości, momentami naiwny w swej prostocie i oniryzmie, działający niczym idealne antidotum na skołatane po całym dniu nerwy. Przynajmniej moje. Ten krążek utuli was do snu, pozwoli choćby na chwilę zapomnieć o codziennych bolączkach, a w dodatku sprawi uciechę, momentami nawet skłoni do uronienia małej łezki. Czyż każdy z nas czasami takiej nie potrzebuje? Szczerze powiedziawszy, nie wiem. W każdym razie Zakkowi zawdzięczam duchowe oczyszczenie. Bo jak tu się nie odprężyć przy nieomal zjechanym z Pearl Jam „Tears of December”? Czy można słuchać aksamitnie otulonego ciepłym brzmieniem Hammonda „Lay Me Down” poza kocem i bez filiżanki czarnej herbaty w dłoni? Tego też nie wiem, ale gdy witają mnie pierwsze takty podbudowującego na duchu „Eyes of Burden”, mam ochotę zasnąć. Nie z nudy. Raczej z promiennym uśmiechem i spełnieniem, poczuciem dobrze spożytkowanej doby.Zakk

Jeśli ktoś się boi, automatycznie uspokajam: „Book of Shadows II” nie jest nawet w połowie tak wymoczkowate, jak ten tekst. A może jest? Po raz kolejny muszę stwierdzić, że nie wiem. Posłuchajcie, a znajdziecie.

Łukasz Brzozowski 

Pięć