YOUNG AND IN THE WAY – When Life Comes To Death (Deathwish Inc.)

Szczerze, już powoli brakuje mi sił, gdy przed moimi oczami powstają kolejne wydawnictwa z nurtu ciekawego, ale jakże przereklamowanego, mianowicie mowa tu o wszelkich naleciałościach black metalu w klimatach core’owcyh. Cieszę się niezmiernie z ewolucji muzyki, ale ileż można powielać ten sam patent i z premedytacją uznawać go za nowy wyznacznik twórczości zespołu? Przyznaję, niektórym wychodzi to całkiem płynnie, innym już trochę gorzej. Jak sprawa się ma do najnowszego nagrania Young And In The Way?

Otóż YAITW to względnie młody zespół biorąc pod uwagę wspomnianą tendencję do fuzji nie tak spokrewnionych aczkolwiek dobrze uzupełniających się gatunków. Nagrywający po ciemnych kątach i przesączeni złowieszczą aurą amerykanie sprawiają wrażenie pewnych własnego zdania i klimatu jaki tworzą wokół siebie. Inspirowani black metalowymi sztandarami kroju Watain skutecznie wplątują także muzyczne wariacje typowe dla crust/hardcore’owego światka. Ta fuzja ma za zadanie przetworzyć różnorodne ładunki emocjonalne i rozłożyć je na odpowiadających im płaszczyznach. Bo oprócz wymienionych, muzycznych trybów mamy do czynienia także z licznymi post rockowymi wstawkami, akustycznymi wtrąceniami, a wraz zakończeniami oddalamy się z hipnotyzującym ambientem. Niby nic w tym nadzwyczajnego, a jednak powstały efekt robi wrażenie.Young And In The Way - When Life Comes To Death  promo

Najnowszy materiał nie jest wyjątkiem od praktykowanej przez lata reguły. Chociaż, w sumie… jest to raczej wyjątkowe praktykowanie reguły. Tak, to najbrudniejsze wydawnictwo YAITW, chyba najprostsze muzycznie i pod względem przesłania, a co za tym idzie, ta bezkompromisowość od pierwszych chwil przygważdża nas do palącego się, odwróconego krzyża. Bliżej temu do black metalu niż do core’a, o czym mogą poświadczyć rozpoczynające „Betrayed by Light” i później „We Are Nothing”; to te najbardziej rzucające się w ucho kawałki, których strukturę tworzą standardowe, może nawet przypominające pastisz riffy i rytmy niemal żywcem wydarte z black metalowych klasyków. Rozdarty do czerwoności wokal uskutecznia przekaz, blast momentami nie kończy się, jak ma to miejsce w „Final Dose”. Czasem dźwięki kontrabasów, skrzypiec i akustycznej gitary swym nieskazitelnym pięknem jakby drwią ze słuchacza, bo aż ciężko sobie wyobrazić, że pośród rumoru serwowanego przez muzykę YAITW znajdzie się chwila na wytchnienie i napawanie się odgłosami stroniącymi od hałasu i agresywnego wyładowania. Tak też się dzieje i to przez 5 minut trwania „Shadow Of Murder”, numeru oderwanego od całości zarówno albumu jak i dotychczasowej twórczości grupy. Na zakończenie niespodzianka, bo zwykle bywało, że to pożegnania stanowią monumentalną część albumu. Tym razem końcówka to rozbudowana wersja wszystkiego, co słuchacz mógł napotkać we wcześniejszej części albumu.

Dosłownie jedynym, wchodzącym pod paznokieć minusem, jest długość albumu. 46 minut black/crust’owego łomotu może trochę zmęczyć, zwłaszcza, że grupa przyzwyczaiła nas do znacznie krótszych wywodów. Jednak w pryzmacie pomysłu i rozrywki zafundowanej przez When Life Comes To Death nie jest to aż tak dotkliwa przypadłość, raczej stanowiąca wynik doszukiwania się dziury w całym, bo ten materiał to solidna i godna polecenia całość.

Adam Piętak

Cztery i pół