YORKSTON/THORNE/KHAN – Everything Sacred (Domino)

Podobnie jak 99 procent osób, które nie skończyły szkoły muzycznej, ledwo odróżniam gitarę od perkusji, a flet poprzeczny kojarzy mi się jedynie z niewybrednymi żartami. Jakież było więc moje zdziwienie, kiedy sięgnąłem po nową płytę tria Yorkston/Thorne/Khan i usłyszałem… no, na początku to sam nie wiedziałem co, ale owym nie-wiadomo-czym okazało się być sarangi, czyli tradycyjny indyjski instrument. Brzmi on nietypowo – przypomina nieco wysoki, kobiecy głos i przypuszczam, że bywa irytujący, ale na „Everything Sacred”, mówiąc kolokwialnie, robi różnicę.

Gdyby nie sarangi i wirtuoz tego instrumentu, Suhail Yusuf Khan, byłby to zwyczajny, folkowy album z jazzowymi elementami (głównie bas Thorne’a). A jednak, dzięki Khanowi, przenosimy się na chwilę do Indii, do świata zaklinaczy węży, świętych krów i świątyń szczurów. Jest coś intrygującego w brzmieniu tego instrumentu i nie wynika to jedynie z faktu, że słyszałem go świadomie po raz pierwszy. Skojarzenie z zaklinaczami węży nie jest zresztą przypadkowe, bo sarangi wnosi właśnie ten rodzaj mistycyzmu i transowości, a dodatkowo kapitalnie uzupełnia się z leniwymi, folkowymi partiami gitar. Na „Everything Sacred” pojawia się także wokal. Pojęcia nie mam, o czym traktuje ani otwierający album numer „Knochentanz”, ani „Sufi Song” – albo jest to przypadkowa zbitka różnych głosek, albo jakaś pieśń w bardzo obcym języku. Podobnych problemów nie ma w innych numerach – „Little Black Buzzer” to bardzo ładna, krótka piosenka, w której udziela się irlandzka wokalista Lisa O’Neil. Usłyszymy ją jeszcze w „Song For Thirza”. Ten twardy, irlandzki akcent świetnie się sprawdza i pasuje do tak pomieszanej muzyki.

Cała płyta jest spotkaniem dwóch kultur, dwóch cywilizacji. Z jednej strony dwaj Brytyjczycy i gościnnie występująca Irlandka oraz ich bardzo wyspiarsko brzmiące kompozycje, a z drugiej Hindus, który wplata w to wszystko indyjski mistycyzm i trans. Te dwa, teoretycznie różne światy, pięknie ze sobą współgrają. Jakby nie patrzeć, Indie przez blisko sto lat były brytyjskie, i to jeszcze nie tak dawno, bo przecież niepodległość zyskały dopiero w latach 50.ytk

Wróćmy jeszcze do „Knochentanz”, blisko 14-minutowej kompozycji, zdecydowanie najlepszej na płycie. Najlepszej dlatego, że to niczym nie hamowany lot, sprawiający czasem wrażenie strumienia świadomości. Każdy z trzech muzyków gwiżdże swoją baję, a i tak wszystko pięknie się zazębia. Utwór przyspiesza, zwalnia, napięcie rośnie i maleje, a słuchaczowi nie pozostaje nic, jak tylko poddać się tym dźwiękom i pozwolić wyrzucić się na brzeg. To tutaj prawdziwy popis umiejętności daje Khan – jego sarangi gra w tym numerze pierwsze skrzypce. I jeszcze takie luźne skojarzenie – Khan to typowo niemieckie nazwisko, a „Knochentanz” to niemieckie słowo, które możemy przetłumaczyć jako taniec kości. World music pełną gębą.

Połączenie jazzu, folku i muzyki ludowej. Połączenie dwóch różnych kultur. Ta płyta zaciera granice, ale jakby niechcący. To dźwiękowy tygiel, z którego wyłania się, o dziwo, kapitalna muzyka. Siada sobie trzech gości na ulicy i grają. Warto wrzucić im coś do futerału.

Paweł Drabarek

Cztery i pół