YONAKA – Don’t Wait ‚Til Tomorrow (Atlantic Records)

To dziwne uczucie, pisać o Yonaka „debiutanci”. Kwartet z Brighton zdążył wydać parę singli, które narobiły zamieszania na scenie, zaliczyć kilka festiwalowych sezonów, i ugruntować swoją pozycję jako jednej z największych nadziei brytyjskiej alternatywy. Po dwóch dobrze przyjętych ep-kach przyszedł czas na pełen krążek, i ta premiera z jednej strony każe mi zachwycać się, jak klasowy to materiał, a z drugiej – już tak bardziej ogólnie – zastanawiać nad upadkiem instytucji płyty długogrającej jako takiej.

Rzecz jasna, to żaden tam wyjątek, raczej coraz powszechniejsza praktyka. Pamiętam, jak przed premierą ubiegłorocznej „Technology” Don Broco znanych było siedem czy osiem piosenek, czyli ponad połowa płyty. Jest część mnie, której takie podejście się podoba, bo zapewnia stały przepływ danych i emocji między artystą, a odbiorcą – jak w rapie, gdzie luźne numery pojawiają się non stop, a tej interakcji pomiędzy dwoma stronami barykady nie ogranicza plan wydawniczy ani skostniały schemat „płyta-trasa-trasa-studio-płyta”. Z drugiej strony, jak wspomniałem wyżej, absolutnie ujmuje to powagi instytucji długograja, który staje się czymś w rodzaju pamiętnikowego zbiorku, podsumowania danego okresu działalności zespołu, natomiast nie wnosi praktycznie żadnej wartości dodanej. Jest, bo jest, wypuszczany chyba siłą przyzwyczajenia.Band

Nie mówię o tym wyłącznie dlatego, by pochylić się nad nowymi sposobami publikowania, ale też nad zmianami w samych zespołach. Yonaka to bowiem kapela typowo singlowa. Wychodzi na to, że cały przydługi wstęp wyżej to tylko przypieprzanie się na siłę. Czy pracowaliby nad jakimś spójnym w założeniu konceptem, czy – jak w przypadku tej płyty – pozbierali luźne pomysły i wrzucili do jednego wora, rezultat byłby, mam wrażenie, podobny. Brytyjczycy są jako grupa na tyle eklektyczni, a przy tym zapatrzeni w piosenkę jako cel nadrzędny, że spójność całości siłą rzeczy musi zejść na boczny tor. No, ale że w te single są naprawdę dobrzy, wybaczy się im wszystko. Połowa, o ile nie więcej, sukcesu Yonaka to Theresa Jarvis na wokalu – z głosem jak Sia  zmieszana z Hayley Williams z Paramore i świeżą, elektryzującą, ale też klasową prezencją. Reszta stara się nie przeszkadzać, nie przesłonić tego niewątpliwego zjawiska, jakie mają na pierwszym planie. Muzycznie to jest radiowy rock, który spodoba się fanom Arctic Monkeys, Marmozets czy nawet Yeah Yeah Yeahs, z okazyjnymi wypadami w stronę indie czy popu. Nie ma jakiegoś zgrzytu między tymi stylówkami, prędzej symbioza. To godne podziwu, z jaką sprawnością w gitarowe przeboje pokroju „Creature” albo „Lose Our Heads” wplatane są sample czy partie syntezatorów. Nie odczuwam potrzeby przyklejać do Yonaka jednoznacznej etykietki, podobnie, jak nie ma takiej intencji sam zespół. Jeżeli szukacie małych szlagierów z pogranicza rocka i ambitniejszego popu, to ta płyta na pewno jest dla was.

Adam Gościniak

Pięć