YO LA TENGO – There’s A Riot Going On (Matador/Sonic)

Mistrzowie trzeciego planu. Tak ochrzciłem pochodzący z Hoboken zespół. Ich najnowsza pozycja jest już piętnastą w dyskografii, i po raz piętnasty okaże się, że poza zwartą grupą fanów dobrego indie, popularności temu zespołowi nie przyniesie.

…i chyba tego wcale nie potrzebują, bo choć mogliby pisać hity (stać ich na to), wolą ten swój pastelowy, oniryczny świat, który powoduje, że mamy ochotę położyć się na kanapie, zamknąć oczy i odpłynąć. Yo La Tengo prezentują dzisiaj bardzo specyficzną odmianę indie. Choć traktowani są jako prekursorzy gatunku, to daleko im do skocznych, prostych, koledżowych piosenek. Bo choć instrumentarium się zgadza, zespół proponuje raczej bardziej psychodeliczny odłam gatunku, co jeszcze bardzie stawia go gdzieś na obrzeżach i kieruje ofertę w stronę tych bardziej wycofanych odbiorców.Press Photo - GODLIS

Cała płyta to jeden wielki krok w stronę okładkowej nicości, jasnej, nieokreślonej przestrzeni, która wyzwala w nas uśmiech. Odpływamy w świat majaków, drgającego, ciepłego powietrza, zapomnienia. Te poetyckie słowa są tu konieczne, bo trudno opisywać te zahaczające często o ambient kompozycje. Gitarowe faktury są rozmyte, bliżej Yo La Tengo do rozjechanego shoegaze niż rytmicznej muzyki buntu. Zresztą, jeśli czegoś na tej płycie nie ma, to właśnie złości i agresji. Jest raczej rezygnacja i poddanie się tej nieznanej sile. I teraz najlepsze – mimo tego, o czym już pisałem, po głębszej analizie, okazuje się, że całość została świetnie zaaranżowana, jest przemyślana i dopracowana. Brak sztywnych ram i wyraźnie zarysowanych konturów jest świadomym wyborem, próbą oddania dźwiękami kolorów i stworzenia relaksującej atmosfery. Płyta nie nadaje się do joggingu a już na pewno nie jako poranny zastrzyk energii przed kolejnym dniem walki. Ale jeśli wrócicie do domu zbici przez życie, wkurwieni na szefa i komunikację miejską, „There’s A Riot Going On” zadziała lepiej niż najlepsze tabletki uspokajające.

Arek Lerch

Cztery