YEAH YEAH YEAHS – Mosquito (Polydor/Universal)

Czwarta płyta YYYs to uosobienie wielkomiejskich neuroz, muzyczny absurd, który odzwierciedla już okładka „Mosquito” i kiczowate logo zespołu. Jeden z najbardziej charakterystycznych, nowojorskich składów powraca z płytą, na której dokonuje dekonstrukcji klisz muzyki popularnej i łączy ponownie w kolaż cokolwiek dziwaczny. Zamiast muzycznego śmietnika otrzymujemy coś, co być może jest definicją współczesnej alternatywy. Zagubionej i rozdartej pomiędzy przemożnym pragnieniem eksperymentu i nieustannym grzebaniem w muzycznej, dalszej i bliższej historii pop kultury.

Rzut na layout płyty wiele wyjaśnia. Z przodu drażniący, kiczowaty obrazek z niemowlakiem – punkiem capniętym przez owadzie monstrum a z tyłu czarno – biała fota zespołu stylizowana na zdjęcia punkowych składów z lat 70 – tych. Dekadencja i premedytacja. Muzyczna schizofrenia zamknięta w sprytnie przemyślanych dźwiękach.

Pamiętam komentarz dotyczący możliwości Karen O, gdzieś z okolic debiutu YYYs, sprowadzający się do delikatnej sugestii, by wokalistka zajęła się raczej garnkami a nie śpiewem. Dzisiaj, mając na koncie udział w tak wybitnych projektach jak „The Seer” SWANS, Karen może z powodzeniem eksperymentować ze swoim głosem, bo okazuje się, że możliwości ma całkiem spore. Choć na nowej płycie zamiast krzyków mamy głównie całkiem nastrojowy śpiew. Za to w podkładach dzieje się dużo, a nawet jeszcze więcej. Zespół wędruje przez muzyczny śmietnik i poczynając od końca lat 60 – tych zbiera z niego to, co akurat mu się spodoba. Sklecanie z takich, zużytych elementów nowych brzmień doprowadza do sytuacji, w której nieustannie mamy wrażenie, że już gdzieś coś słyszeliśmy. YYYs zapuszcza się z lubością do lat 70 – tych, widać gdzieś błyskający neon dyskoteki, jednak bardzo szybko z niej wychodzi i kamufluje się w CBGB’s, wycierając z pobratymcami Viciousa zalane piwskiem podłogi. Z lubością kuma się z synth popem, by zaraz uciekać w objęcia dekadencji Velvet Underground. Trudno za tą ich defragmentacją nadążyć, na szczęście, na „Mosquito” jest sporo zwyczajnie przyjemnej muzyki.

Na pewno mogą podobać się te bardziej hałaśliwe piosenki. Prymitywnie gotycki, zdubowany „Under The Earth” mógłby wyjść spod ręki Alien Sex Fiend, tych starszych oczywiście. Kiedy trzeba, YYYs pokazują skłonność do bardziej komercyjnych zagrywek, jak w „Sacrelige”, utworze tytułowym czy „Slave” z fajnym, chwytliwym riffem. Zupełnie garażowo robi się z a to w „Area 52”. W opozycji do hałasów stoją eksperymenty rodem z płytoteki 4AD. „Subway”, senny „These Paths” czy „Always” to lekko rozmarzone, elektroniczne pejzaże, z delikatnie płynącym śpiewem, coś z zupełnie z innej bajki, choć w jakimś sensie intrygujące. Osobiście największą estymą darzę piosenki, gdzie zespół próbuje połączyć muzyczne światy, jak w „Despair”, czy kończącym album „Wedding Song”. Toż to, wypisz – wymaluj, Cave w spódnicy!

Taka jest ta płyta – wszystko błyska, kręci się, pohukuje, jest tandetne a jednocześnie wciąga. Denerwuje, ale intryguje pozornie absurdalnymi połączeniami. YYYs łączą w sobie miłość do pop kultury rozciągającej się na wiele dekad, jednak mam wrażenie, że za sprawą rezygnacji z radykalizmu, z którego kiedyś słynęli, troszeczkę osłabła też ich siła rażenia. Owszem, lepiej słucha się dzisiaj „Mosquito” niż drażniącego debiutu, jednak w paru miejscach aż prosiło się o większe pieprznięcie. Czwarty album YYYs tworzy jednocześnie z „Modern Vampires of the City” dwie strony medalu o nazwie „Nowojorska indie-dekadencja ery iPhone’a”. Ciekawa rzecz…

Arek Lerch

Cztery