YARN OF THE WICKED – Lore ✽ Anne (Les Fleurs du Mal)

Tak jakoś wyszło, że polska scena nie zareagowała w żaden wyrazisty sposób na rozkwit okult-retro-doom-rocka sprzed kilku lat. Nie otrzymałem dotąd wymarzonej odpowiedzi na The Devil’s Blood i Sabbath Assembly inspirowanej Breakoutem, Alibabkami, i Janowską Gminą Okultystyczną. Być może taka estetyka jest trudno adaptowalna na nieanglosaski grunt, być może oderwana od kontekstu miejsca wydawałaby się dziwaczna. Duet Yarn of the Wicked (czyli dwóch Arturów – jeden z Sauron, drugi z Misanthropic Rage) w jakimś stopniu tę lukę wypełnia, przy czym opisanie go jako „retro” nie załatwia sprawy, bo stylizacja nie jest tu celem samym w sobie.

Yarn of the Wicked nawet nie próbują „lokalizować” swojej muzyki, bez kompleksów bazując na brzmieniach a’la lata 70., śpiewając po angielsku, inspiracje czerpiąc z filmu „Don’t Deliver us From Evil”, a teksty z twórczości Baudelaire’a. Formalnie „Lore✽Anne” siedzi gdzieś między przaśnością Jethro Tull, szczyptą szaleństwa Comus a progowymi revivalowcami w typie ostatnich albumów Opeth. Szerokim łukiem omija przy tym nastrojowe smucenie, skupiając się na narkotycznym żywiole generowanym z mało piosenkowych, rozbudowanych strukturalnie numerów. Dynamika tej muzyki buduje się na styku falbaniastych aranży i wokali Jankesa, tu śpiewającego jak rasowy progrockowiec ze złotej ery gatunku – dużo, teatralnie, nadmiarowo i z egzaltacją. Paradoksalnie, to nieumiarkowanie służy Yarn of the Wicked. Duża w tym zasługa wyczucia konwencji, ale i umiejętności, bo „Lore✽Anne” brzmi surowo, ale nie chałupniczo. Ma jakiś własny język i swoją historię, która wykracza poza potrzebę bycia n-tym Witchcraft, Purson czy Year of the Goat. Słychać, że to metalowcy uczą się nowego lądu, i cieszą się nim. Stojąc jedną nogą w retro-skansenie, a drugą w jeszcze bardziej przejrzałej progrockowej barokowości, Yarn of the Wicked gra coś na tyle natchnionego, ze uodpornionego na mole i zapach dziadkowego kożucha.YOTW

Ten niepozorny bandcampowy debiut w wymiarze minialbumu już dziś nadałby się na płytę, która wytrzymałaby porównanie z głośniejszymi premierami. Może zdeterminował to filmowy kontekst „Lore✽Anne”, ale Yarn of the Wicked odbieram jako bardzo obrazową muzykę. Słuchając myślę o soundtracku do jakiegoś współczesnego pastelowego neo-noir w duchu „The Duke of Burgundy”, „Amer” czy „The Strange Colour of Your Body’s Tears”. Ten materiał pasowałby do któregoś z tych niszowych, psychodelicznych retro-horrorów, które oglądam ze świadomością, że to tylko stylówa na oldschool, ale wchodzę w ten świat nawet, jeśli to tylko gabinet figur woskowych. Nie jestem co prawda fanem arthouse’owego rokokoko ani w kinie, ani w muzyce, ale cieszy mnie każdy obraz i każdy album, który w stylistyce, za którą nie przepadam buduje inspirującą całość.

Bartosz Cieślak

Pięć