WOJCIECH JACHNA  – Emanacje – Trumpet solo sessions (Multikulti Project)

Wojciech Jachna, oryginalny trębacz, już niejednokrotnie pojawiał się na naszych łamach, że wspomnę tylko o projekcie Jachna/Tarwid/Karch, Innercity Ensemble czy rewelacyjnym zespole Jachna/Mazurkiewicz/Buhl. W pewnym sensie czekałem na taką płytę jak „Emanacje”, bo kreatywność trębacza i oryginalne podejście prowokowało to „wypuszczenia” się na solówkę. Rzecz udana, choć niewątpliwie ryzykowna, przynajmniej z komercyjnego punktu widzenia.

Trzeba przyznać, że takie „solówki” to przykład odwagi. Nawet występujący z gitarą songwriterzy, czy didżeje mają łatwiej. By z instrumentem, bez akompaniamentu, bez piosenki i słów wyjść na scenę, czy nagrać album, trzeba mieć silne przekonanie o własnych potrzebach i coś do powiedzenia. Przyda się też dobry kontekst, co stało się udziałem niniejszej płyty. Jachna to sprawdzony typ, zaprawiony w bojach trębacz, który dorobił się już własnego stylu, nie stroniący od eksperymentów i takim właśnie jest niniejsza płyta. Okazuje się, że partnerem Wojtka są tu jedynie tzw. okoliczności nagrania. Solowe zmagania zostały zarejestrowane w różnych, bydgoskich lokalizacjach – miejscach ciekawych ze względu na swoje warunki akustyczne. W każdym z nich trąbka Jachny brzmi nieco inaczej, czasami zdarza się, że autentyczności nagraniu dodaje tło – chociażby głosy ludzi znajdujących się gdzieś obok. Taki naturalizm jeszcze bardziej uwypukla surowe piękno tego instrumentu.Wojtek Jachna

Jachna sięga po swoje kompozycje, ale posiłkuje się też repertuarem Komedy czy Tomasza Stańko. Na takiej bazie rozpoczyna improwizacyjny pochód. Nie ma tu jednak długich, klasycznych solówek, a raczej dźwięki zwarte, bardzo organiczne, szorstkie. Wydawać się może, że Wojtek Jachna z premedytacją próbuje dotrzeć do brzmieniowego jądra trąbki, samotnie zmagając się z instrumentem i jego artykulacją. W zasadzie nie słuchamy kompozycji, smakujemy raczej sam dźwięk, obdarty z kontekstu, nie ma co ukrywać, trudny, bo pozbawiony akompaniamentu (jedynie w jednym numerze pojawi się Kuba Ziołek), a przez to docierający do nas jeszcze bardziej bezpośrednio i z większą mocą. Jest w tej płycie coś hipnotyzującego, ta zawieszona w starych przestrzeniach aura, mury tworzące ramy, w jakich musi/chce się poruszać muzyk. Jeśli przyjąć, że obrana formuła była wyzwaniem, to Wojtek wyszedł z niego obronną ręką. Dodam jeszcze na koniec, że muzyka została ubrana w świetną okładkę autorstwa Przemysława Kulczyka, czyli mamy do czynienia ze skończonym i nie noszącym najdrobniejszego śladu przypadkowości dziełem. Polecam, nie tylko miłośnikom trąbki.

Arek Lerch

Pięć