WILD BOOKS – Wild Books (Instant Classic)

Wild Books jest żywym dowodem na to, że rock’n’roll nie umarł i choćby czynili na niego zamachy najwięksi przeciwnicy, choćby oddano gitarę do lamusa a bębny do antykwariatu, zawsze znajdą się kolejni szaleńcy, chciwi z tych mitycznych instrumentów wyciągnąć coś nowego. Wild Books łączą na swojej debiutanckiej płycie hałas i zwiewną melodykę, rozciągając się gdzieś między garage popem, alternatywą i mocniejszymi uderzeniami shoegaze, choć z mniejszą dozą samo-umartwiania. Raczej króluje tu jaśniejsza strona mocy.

Gdzieś przeczytałem, że Wildów mógłby adoptować sam Jack White. Ok, zgadzam się, dorzucę jeno, że chrzestnymi powinni zostać chimeryczni rockowcy z Pixies a dziadkami bracia Reid. Debiutancka płyta zawiera wszystko, co mieści się w rzuconym kiedyś przez Boba Moulda (Hüsker Dü, Sugar) haśle „pozwólmy eksplodować piosenkom!”. Zestawienie zwiewnych melodii z monstrualnym, gitarowym, sfuzowanym przybojem w wydaniu Wild Books ma iście garażowy charakter i choć nie mogę opędzić się od wspomnień z czasów, kiedy słuchałem kaset z napisem „Psychocandy” i „Motionless”, cieszę się, że to co tu słyszę jest maksymalnie naturalne. Co polega między innymi na niewymuszonej bezpretensjonalności. Coś w stylu „dwóch studenciaków wstaje od ogniska, gdzie brzdąka ballady dziewojom, podłącza się pod najbardziej chamskie fuzzy i… dalej gra ballady”. Tyle, że walące po uszach decybelami. Nie do końca rozumiem, na czym polega cała ta histeria wokół duetów, obywających się bez basu, jednak przyznam, że na płycie Wild Books tego instrumentu wcale mi nie brakuje. Jednocześnie warto dodać, że zespół świetnie operuje dynamiką, umiejętnie rozkładając dawki hałasu i akustycznych gitar.

Jaka jest zatem muzyka? Brudna, rzężąca przesterami, stara, korzenna, ale jednocześnie na wskroś współczesna. I zniewalająco melodyjna, przez co od razu nasuwa mi się skojarzenie z krwawymi walentynkami, choć w odróżnieniu od smutnych chłopców, Wild Books gra żwawo i zdecydowanie bardziej przystępnie. Muzyka warszawiaków ma też taką zaletę, że słuchać jej można zarówno w koncertowym zgiełku jak i siedząc w bujanym fotelu, wychwytując czujnym uchem te wszystkie monstrualne, gitarowe zabawy. Ważne jest to, że im dłużej słucham tych pozornie prostych a może nawet niechlujnych piosenek, utwierdzam się w przekonaniu, że muzycy są niezłymi erudytami, którzy dokładnie wykoncypowali co chcą osiągnąć i element przypadku na płycie sprowadzony został do minimum. Cieszy brzmienie, bo osiągnięcie takiego efektu i oddanie go w warunkach studyjnych wymagało albo maksymalnie świadomego (i szalonego) realizatora, albo… jakiejś katastrofy. W sumie powstał materiał, który albo będzie nienawidzony albo obsypany złotem. Osobiście srebra i złota nie mam, więc daję co mam najcenniejszego – prawie maksymalną ilość gwiazdek. Dlaczego prawie? No… bo tak…

Co można jeszcze dodać, poza tym, że krótkiej w sumie płyty trzeba słuchać od początku do końca? Chłopaki dobrze wyglądają (coś jak Omar Rodríguez-López jamujący ze szwedzkim crust punkowcem…), mają fajny lot i bardzo dobrą płytę na koncie, czuję też, że będą obiektem snobistycznych zapędów krajowej alternatywy. Może życzyć im znalezienia basisty? Nie, tego zdecydowanie nie potrzebują…

Arek Lerch

Pięć i pół