WHITE LIES – Friends (BMG)

Hej ho, jest nowy album ulubieńców nastolatek – White Lies! Wraca zespół idealny. Dlaczego? Bo można go śpiewająco krytykować i tak samo chwalić. A chętnych do jednego i drugiego nie brakuje. Przyznam bez bicia – przy okazji poprzedniej płyty Big TV napisałem, że jeśli na nowym – opisywanym właśnie – materiale nie zmienią podejścia do swojej muzyki, będzie niedobrze. I co? Nic nie zmienili, ba, jeszcze bardziej okopali się na swojej pozycji. I co mam powiedzieć – złoszczę się na nich, czekam na koncert w Progresji, jednocześnie znakomicie się bawiąc.

Bo ta muzyka to przede wszystkim zabawa. Można zżymać się, że te stare brzmienia syntezatorów potrafią wkurzyć, wokalista Harry McVeigh jest jeszcze bardziej manieryczny a muzyka – jeszcze prostsza. Okazuje się jednak, że to właśnie składa się na sukces tego zespołu. Po lekko poszukującej (oczywiście – to poszukiwanie nie ma nic wspólnego z jakimkolwiek eksperymentem…) „Big TV” zespół powrócił do klasycznego, do bólu zgranego brzmienia, jeszcze bardziej syntetycznego i jeszcze głębiej kłaniającego się latom 80.wl-band

Nie wiem, czy to premedytacja, ale tym razem zespół skupił się na stworzeniu spójnego brzmieniowo i lirycznie albumu. Temat płyty jest równie nośny co banalny – zagubienie w relacjach międzyludzkich i okrutne media społecznościowe, które odsuwają nas od siebie, stygmatyzując pojęcie przyjaźni. Odpowiednia okładka do tego i mamy poważny materiał. Równie kompleksowo podeszli do muzyki. W odróżnieniu od przesadnie przebojowego albumu „Rituals”, tym razem jest większe wyważenie. Owszem, takie numery jak otwierające album „Take It Out On Me” czy „Morning in LA” staną się murowanymi koncertowymi hitami, ale liczy się całość. Dużo bardziej zrównoważona, może nawet stonowana, zagrana w sumie oszczędnie, ale z dbałością o detale. Prostota aranżacji (współczuję pałkerowi, który musi umierać z nudów…) pozwoliła uwypuklić chłodną melodykę, nagrania w studiu Bryana Ferry’ego zaowocowały użyciem starych syntezatorów, plastiku jest tu maksymalnie dużo, gitara zostaje w tle i mamy coś co jest chyba apoteozą rozrywki i naiwnej w sumie gloryfikacji nowego romantyzmu i curtisowej smuty.

Co nie zmienia faktu, że ambitni krytycy „zjadą” album a fani pozostaną fanami. I tu tkwi właśnie ów paradoks – nie przesuwając się ani o centymetr, zrobili jednak materiał, który – o dziwo – podoba mi się bardziej niż poprzednie krążki i choć nadal będę uważał, że to taki Editors dla ubogich, morda cieszy mi się jak nigdy. Taki już sentymentalny ze mnie gość…

 Arek Lerch

Cztery i pół