WHITE LIES – Five (PIAS)

Nowy album White Lies pojawił się tym razem szybciutko, w zasadzie z zaskoczenia. Nie wiem co wpłynęło na tempo pracy, ale jeszcze w uszach brzmią piosenki z „Friends” a tu już idzie nowe. Chyba dobrze, bo White Lies stają się taką oczywistością, do której chętnie wracamy. Może nieszkodliwą, może są fajnym chłopcem do bicia, a może dlatego, że od czasu do czasu miło dać się ponieść sentymentom do jedynie słusznej dekady plastiku. A tego na „Five” nie brakuje. Szkoda jedynie zaprzepaszczonej szansy na kolejną, dobrą okładkę, bo ta zdobiąca nowy album jest zdaniem niżej podpisanego najgorsza w całej dyskografii.

Na szczęście, nie szata zdobi człowieka, czyli muzykę w tym przypadku. Zadziwia mnie coraz większa równowaga, jaką łapie ten zespół. O ile wczesne krążki były trochę takim zestawem „cztery hiper bangery plus tylko fajna reszta”, o tyle już na poziomie „Friends” dostajemy równy, wyważony materiał. Podobnie jest i teraz – coraz więcej melancholii, ciepła i pasteli. Nie ma tu jakiegoś słabego numeru, ale powiedzmy też uczciwie – nie znajdziemy takiego hitu, który rozwali system na miarę „Is Love” czy „Strangers”. Ale to bardzo dobrze, bo dzięki temu nie trzeba czegoś tam przewijać. Koncepcyjnie nowa płyta to także coraz lepsze panowanie nad miksami, czyli jest nowocześnie (Flood), ale w tą nowoczesność zespół wkomponowuje charakterystyczne dla lat 80. patenty brzmieniowe, w rodzaju potężnych werbli w warstwie rytmicznej czy sposobu w jaki pulsują syntezatory. Tego nie można z niczym pomylić. Jednocześnie „Five” jest chyba najmniej sentymentalnym albumem Brytyjczyków, bo gdzieś tam, podskórnie odczuwam, że są organicznie ze swoim stylem związani i nie ma tu sztucznego kreowania własnego wizerunku. Inna sprawa, komu się to podoba a komu nie.0-1

Największą zaletą płyty jest niewątpliwie bardzo zgrabne unikanie sytuacji, kiedy muzyka staje się li tylko pastiszem, choć pretensjonalności mamy tutaj aż za dużo. Na ”Five” mi to nie przeszkadza, mimo, że co i rusz słyszę tu echa np. Alphaville, a kiedy brzmi potężny refren „Tokyo”, od razu widzę Duran Duran. Z drugiej strony cały czas w głowie rezonuje pytanie, czy to jeszcze muzyka aktualnie modna czy już przebrzmiała. A może ponownie na fali? Który to już raz? Tu zawsze w przypadku White Lies pojawiał mi się problem, bo choć lubię ten plastikowy, przerysowany wizerunek, to wiem, że nie ma tu drugiego dna, brak jakiegoś głębszego kontekstu, co z kolei powoduje, że moje odczucia względem White Lies są szczere i pozbawione jakiejś ideologicznej nadbudowy. Po prostu lubię ten nieco pompatyczny styl i pełne rozmachu stadionowe melodie. Od czasu do czasu można się im oddać, nażreć cukru do woli i dzięki takiemu czystemu podejściu unikam dyskusji na temat sensu istnienia zespołu, bo w tym przypadku nie widzę takiej potrzeby. Rozrywka w czystej postaci? Być może. Ocenę wystawcie sobie sami. Najlepiej podczas kolejnej bezsensownej szarpaniny na twarzoksiążce.

Arek Lerch