WHITE LIES – Big TV (Polydor/Universal Music Polska)

Komercja na maksa? Dlaczego nie?! Jeśli ktoś jeszcze się nie przyzwyczaił, że piszemy o różnych, nawet tych najbardziej wypośrodkowanych, muzycznych wydarzeniach, trudno. Ogólny szał na White Lies może być niezrozumiały dla osób, które nigdy, nawet pokątnie, nie zachwyciły się choć na moment jakimś artystą z lat 80 – tych i nie chodzi o metalowe pudernice, rzecz jasna. Nowy romantyzm w wydaniu White Lies jest wyczyszczony, lśniący i gładki niczym tandetne neony, jednocześnie ma w sobie coś, czego brakowało tamtej dekadzie – potężną dawkę kopiącej energii. I jako taki może się choć przez moment podobać…

Z tym zespołem zawsze był mały problem. Trójka chłopaków, świadomie bądź nie, tworzyła muzykę, która aż krzyczała, że jest li tylko swego rodzaju gładką, przyjemną podróbą, odpowiedzią na rzeczy, które dawno przeminęły. W zasadzie trudno dziwić się irytacji różnych pismaków, bo przecież WL niczego nie daje a w zamian otrzymuje całkiem spory szum i uwielbienie tłumów. Oczywiście, nie pierwszy raz ambicje prasy i tłuszczy nijak się do siebie mają, dlatego popularność tego zespołu może być zrozumiała. Jeśli komuś nie chce się dalej czytać, skrócona wersja recenzji: White Lies to taki mniej ambitny i bardziej przystępny Editors dla niewyrobionego słuchacza, który chce się poczuć wyjątkowo. Ok, nie mam zamiaru nikogo obrażać, bo choć z jednej strony rozumiem narzekania, nic nie poradzę na to, że fajnie się tej płyty słucha. Oczywiście, po warunkiem, że od czasu do czasu i raczej bez porównywania do dwóch pozostałych krążków zespołu, bo wtedy okaże się, że grupa kompletnie się nie rozwija, co najwyżej z gracją samuraja odcina muzyczne kupony. I jako taka jest po prostu sprawnym rzemieślnikiem. Skoro sprawy formalne mamy załatwione, czas przejść do meritum.

„Big TV” zbudowano dokładnie z tych samych klocków co poprzedniczkę. Gładkie klawiatury, oparte o miarową (czyli taką, na którą nie zwraca się zbytniej uwagi…) po „neworderowemu” pracującą sekcję, splatają się z delikatnie przesterowaną gitarą. Z tego zespół tworzy ścianę dźwięku, oczywiście opartą nie na hałasie, ale melodyjnych, łatwo wpadających w ucho harmoniach. Być może nie ma tu aż tak potężnych refrenów jak na „Ritual”, zadbano za to, by każdy kawałek miał swój puls i urzekający klimat. To, że słychać w tych utworach stare, noworomantyczne hity, jest tak oczywiste, że aż wstyd o tym po raz kolejny wspominać. Zespół do perfekcji opanował żonglowanie tymi elementami, zaś mistrzem ceremonii – co chyba nikogo nie dziwi – jest Harry McVeigh, którego głos, patos, natchnienie (nawet, jeśli tylko na pokaz…) stanowią o sile zespołu, stopniują napięcie i powodują, że muzyka White Lies jest… wzniosła. Aż trudno uwierzyć, że można w stosunku do niej użyć słowa „rock”. Innym, ważnym elementem „Big TV” jest prostota. Zamiast popisów, niepotrzebnych ornamentów, mamy przejrzyste aranże, które jak ognia unikają jakichkolwiek trudniejszych i bardziej rozbudowanych rozwiązań. Przy White Lies, 30 Second To Mars jawią się jako grupa niemal progresywna. Choć tak samo patetyczna.

Syntetyczny indie pop w wydaniu White Lies łechce podniebienie, wiem jednak, że musi to być ostatni album upichcony w/g tego samego przepisu, co dwie poprzednie płyty. Jeśli na czwartym krążku zespół powieli schemat, stanie się pośmiewiskiem. Problem w tym, że nie wyobrażam sobie za bardzo, w jaką stronę musieliby podążyć muzycy? Przychodzi mi do głowy tylko jedno rozwiązanie – gdyby McVeigh w jakimś szale popełnił w tym roku samobójstwo, za 15 lat trzy płyty White Lies – podobnie jak dzisiaj Joy Division – stałyby się punktem odniesienia dla kolejnych pokoleń smutnych chłopców w za dużych okularach. Tyle, że za 15 lat nie będzie przecież okularów…

Arek Lerch

Ocena – doprawdy – nie wiem…