WHITE DEATH – White Death

Gdzieś nam ten cały black metal zabłądził. Zboczył znacząco ze ścieżki pierwotnej, bluźnierczej muzyki w stronę przeintelektualizowanych, post-post-post-coś tam mariaży z shoegaze czy post-rockiem. Zmiękł. Stracił jaja. Stał się tylko zwykłą estetyką, znaczącą coraz mniej nawet dla swoich twórców. Nie chcę oceniać, czy to źle, czy dobrze, bo jednak z dzisiejszej perspektywy cała ta otoczka – wykreowana przecież przez nastoletnich szczeniaków, o czym nie wolno zapominać – nawet jeśli szczera, chyba jednak bardziej śmieszy niż przeraża. Mimo to, jest na świecie pewne miejsce, gdzie czas jakby stanął w latach 90. i gdzie dalej wesoło hasają sobie hordes pokroju Archgoat, Beherit czy Impaled Nazarene. I to właśnie tam, w Finlandii, narodził się też ten pokraczny i pocieszny potworek, jakim jest White Death.

Debiut Finów to płyta naprawdę bardzo dobra, choć w kategoriach raczej rozrywkowych. White Death stworzyli materiał oparty na niebezpiecznych składnikach, dodatkowo rozdęli go niemal do granic absurdu. W efekcie otrzymujemy album upaprany w klasycznym, zimnym, norweskim black metalu – na celowniku głównie Immortal i Darkthrone – naznaczony przy tym olbrzymią ilością groteski. Tu wszystko jest bardzo blisko cienkiej czerwonej linii – od cholernie chwytliwej melodyki, przez sztampowe riffy po stojące na granicy powagi i komedii partie wokalne. Patrząc przy tym na okładkę albumu i image zespołu naprawdę zastanawiam się, czy ci goście tak na serio, czy jednak są po prostu świetnymi jajcarzami. Jakby jednak nie było, trzeba przyznać, że wyszedł im co najmniej dobry krążek, którego największą zaletą jest właśnie to, co wydawać mogłoby się wadą – czyli balansowanie na krawędzi absurdu. Dzięki temu takie utwory, jak „Immortal Hunter Of The Moon” czy przede wszystkim „White Death’s Power” (swoją drogą tytuły to też jest bajka) nie wywołują bólu zębów. Nie mogę też nie wspomnieć o perkusiście, który chyba nigdy w życiu nie słyszał o metronomie oraz pojawiających się czasem przypałowych syntezatorach w tle, których wstydziliby się chyba nawet muzycy Emperor w 97. Pokrótce „White Death” to materiał, na którym wszystko z osobna śmierdzi jak najgorsze gówno, jednak połączone w jedność trybi i hula jak sam diabeł przykazał.WD live

Niezależenie od woli twórców, „White Death” traktuję w kategoriach płyty ze świetną muzyką rozrywkową, a chwytliwości i przebojowości może chłopakom zazdrościć większość gwiazdek pop. Serio, mimo teoretycznie ekstremalnego charakteru, stosowania tych wszystkich klasycznych dla stylu patentów, debiut Finów jest po prostu bardzo „catchy”, a jedyny sensowny epitet, jaki udało mi się tak naprawdę wymyślić, to trywialne „zajebiste”. I co bym w sumie nie napisał, to jest zajebista płyta. Po prostu.

Michał Fryga

Cztery i pół