WHALESONG – Disorder (Old Temple)

Trudno mi jednoznacznie wyjaśnić, dlaczego nowy materiał Whalesong trafił w moje gusta, które ostatnio meandrują w zupełnie innych rejonach. Być może chodzi o to, że startując z pozycji kwadratowego (co nie znaczy złego) industrialu, ekipa Neithana płynnie ewoluuje w ciekawym i dużo mniej jednoznacznym kierunku. Słucham „Disorder”, cieszę się z jakości materiału i jednocześnie mam pewność, że to dopiero wstęp; kolejne dzieło pewnie zaskoczy nie tylko maniaków podziemnego niszczenia słuchu.

Co nie zmienia faktu, że na razie „Disorder” trafi głównie dla miłośników wysokooktanowego hałasu. Choć raczej tych tych mniej ortodoksyjnych, którzy ów nojz traktują szerzej, nie zamykając się w metalowej szufladce. Bo tego metalu – poza ciężarem – na „Disorder” jest stosunkowo mało. Płyta nagrana jest w organicznym składzie, zrezygnowano z automatu perkusyjnego, dzięki czemu struktury utworów nabrały luzu, czasami skłaniając się w stronę otwartych, zaskakująco poprowadzonych aranżacji. Zespół sprawnie łączy teutoński noise pokroju Whores. z industrialnym pulsem i na taką miksturę narzuca drone’ową firanę, próbuje nieśmiałego transowania, ani na chwilę nie zapominając o korzeniach, dzięki czemu nikt nie zarzuci im prób zdrady swoich ideałów. Nazwałbym to rozwojem i poszukiwaniami, choć te, jeśli już o nich mowa, zamykają się jednak w pewnej formule, w której Whalesong nadal dobrze się czuje, nie rozmywając rdzenia swojej muzyki, której istotą pozostaje godflesh’owo/swansowa mechanika.Band

W pierwszej kolejności do gustu przypadły mi te mniej oczywiste momenty. Rewelacyjnie wypada „Dearth” zbudowany głównie z szumów i zgrzytów, prowadzonych przez delikatnie improwizującą perkusję i fajnie zaznaczony akordeon. Niezwykle na czasie brzmi taka mikstura, choć cały czas czai się za nią ten złowieszczy cień brzydoty, którą sobie Whalesong upodobał. Podobnie mrocznie dzieje się w „Juggernaut”, gdzie moje skojarzenia biegną wręcz w stronę Gnaw Their Tongues, z kolei wokale w transowo sunącym „Degradation” co i rusz przypominają mi „starego” Michaela Girę. Miłośnicy gitarowego ataku nie muszą się jednak martwić – dla nich przygotowano mistrzowskie dania w postaci „Ruins” ze znakomitym rozwinięciem aranżacji, „Broken Instinct” w którym hałas i ciężar dosłownie rozjeżdżają słuchacza i równie potężny „Slave”. Na koniec zostaje numer tytułowy – ponura, dziewiętnastominutowa kompozycja, w której kawalkada gitarowego, godflesh’owego gruzu od 8 minuty zostaje położona na stos i spalona w drone’owym, zgrzytająco – szumiącym ogniu.

Trzeba jednak lubić takie dźwięki, trzeba rozsmakować się w brudzie, depresyjnym klimacie i brzmieniowych potwornościach, które im dłużej słuchane, tym odważniej wychodzą na powierzchnię. Okazuje się, że ta niepozorna płyta oferuje bardzo dużo przeżyć. Jeśli przyjąć, że Whalesong dopiero się rozkręca, strach pomyśleć co będzie dalej. Polecamy!

Arek Lerch

Zdjęcie: Michał Biel

Pięć