WHALESONG – Filth

Takiej muzyki nie gra się już w cywilizowanym świecie. Świecie zdominowanym przez plastik, konsumpcję i beton. Ta muzyka to wołanie o pomoc, krzyk sprzeciwu wymierzony w koszmarnie zurbanizowany krajobraz, niezgoda na dalszą degradację. A jednocześnie to fascynacja maszynami, żelazem, benzyną i mechanicznym pulsem współczesnej metropolii. Taką muzykę można grać tylko w wielkim mieście…

Historia industrialu jest bardzo długa i zawiła. Od wczesnych fascynacji hałasem, przez poszukiwania awangardowych twórców z lat 60 – tych aż po rozkwit w latach 80 – tych. Nowojorska scena stała się miejscem, gdzie powstawały zręby industrialu i noise, mekką szaleńców, próbujących zniszczyć ludzkość za sprawa rozkręconych na maksa wzmacniaczy. Także w Europie mieliśmy spore grono popaprańców, jednak omawiany tu twór Whalesong wyraźnie uderza za wielką wodę.

Dawno w Polsce nie było zespołu tak doskonale radzącego sobie z muzyką mechaniczną. Redukcja składu do dwóch osób obsługujących gitary, bas i sample powoduje, że automatycznie nasuwa się wizja takiego hałasowania. Faktycznie, podbite samplowanym rytmem gitarowe szumy, zgrzyty i paroksyzmy riffów sadowią Whalesong na pozycji kontynuatorów tradycji Godflesh i SWANS. Ta płyta to faktyczny popis muzycznej ekstremy. Zamiast riffu, mamy generowane za pomocą gitar dźwięki, sprawiające, że oglądasz się za siebie. Głęboki, przesterowany bas i wrzaski. Wszystko spięte klamrą elektronicznego rytmu. Być może jest to właśnie jedyny drobny zarzut do tej, w sumie skończonej płyty. Chciałbym usłyszeć te kawałki z żywym pałkerem. Może właśnie dlatego najbardziej podobają mi się utwory „Toxic Rains Fall Upon The Earth” i „We Are Lost”, gdzie wysamplowano naturalnie brzmiące gary, w przeciwieństwie do pozostałych kawałków. Choć z drugiej strony, podkreślenie komputerowo generowanego rytmu nadaje muzyce jeszcze bardziej odhumanizowany, zimny charakter.

Whalesong to także bardzo świadomy, przekonany o swojej misji zespół. O tym świadczy dopracowanie każdego aspektu twórczości – od muzyki aż do graficznej oprawy płyty, która nie pozostawia wątpliwości co do intencji autorów – torowiska, kominy, bloki… No i przejmująca okładka, portretująca dymiącą fabrykę z falującą łąką na pierwszym planie. Kto zwycięży? Odpowiedź jest, niestety, dość oczywista. Nie ma nadziei. Jest spowijający wszystko, gryzący dym…  Zakończę recenzję trafnym poleceniem, którego sam nie wymyśliłem a jedynie ściągnąłem z wkładki „Filth” – słuchać głośno! Bardzo trafne i nieuniknione…

Arek Lerch 

Pięć