W~T~Z – Korpus Czechosłowacki (Devoted Art Propaganda)

Awangarda, proszę państwa! Był świat, co wszystko mu jedno, było depresyjnie i ponuro, dekadencko wręcz. Po tym zimowym przygnębieniu nie został jednak nawet ślad. Korpus Czechosłowacki pruje na wprost, na Władywostok. Są zaskakująco proste piosenki, są organy i marszowe melodie. Jest dobrze.

Michał Fryga Zeszłoroczny album Wędrowców, jakkolwiek nieco naiwny, przenikał bardzo specyficznym chłodem, potęgował poczucie niepokoju i zdawał się zapowiadać coś strasznego. Pomimo wspomnianej już prostolinijności, naprawdę odniosłem wrażenie, że temu światu jest już wszystko jedno. Niestety, to tego poczucia beznadziei brakuje mi na „Korpusie Czechosłowackim”. Jasne, zdaję sobie sprawę, że przyświecający albumowi koncept jest nieco odmienny niż w przypadku „Światu jest wszystko jedno”, niemniej chyba jeszcze bardziej uderza mnie groteska i naiwność tych piosenek, natomiast niekoniecznie czuję w nich ten specyficzny mrok. Momentami Wędrowcy~Tułacze~Zbiegi zbliżają się wręcz do Lao Che z okresu „Powstania Warszawskiego”, w podobny sposób zderzając piosenkę żołnierską z post-punkowym chłodem i typowo rockową wrażliwością. No właśnie – „Korpus Czechosłowacki” to dużo bardziej rockowa płyta niż „Światu jest wszystko jedno”, jakby bardziej oczywista i mniej wymagająca. Mimo zachowania pewnego diabelskiego pierwiastka, wydaje mi się, że te piosenki są bardziej przyjazne, łatwiejsze do zaakceptowania przez przypadkowego słuchacza. Nie, nie są radio-friendly, nie są też przebojowe (przynajmniej nie w dosłownym znaczeniu), jednak te melodie mają dużo większe i to tymi melodiami głównie broni się trupa Sarsa. Bo broni się – o czym powinienem wspomnieć chyba na samym początku.

Adam Gościniak „Korpus Czechosłowacki” wyrusza w drogę z miejsca kompletnie innego, niż to, w którym niebo nie czerniało. Mógłbym rzec, że Wędrowcy, wzorem jakiegoś wygrzewającego się na słońcu gada, w stopniu biegłym opanowali umiejętność adaptacji do zaistniałych warunków. Za oknem w końcu skwar… Coś każe mi jednak mniemać, że jedyne, za czym tak naprawdę podążają, to jakiś wewnętrzny, wymykający się jarzmu logiki, instynkt. Jakkolwiek by nie było- nie ulega wątpliwości, że „Korpus…” jest krążkiem o wiele cieplejszym barwą od poprzednika. Ten, przecież, jawił się wręcz idealnym soundtrackiem zimowej beznadziei: niespieszny i gęsty klimatem, przytłaczał zimnem, chmurami i słowem. Spośród splątanych gąszczów mizantropii co rusz prześwitywało jednak nieoczywiste tchnienie geniuszu. Podobne oddechy wyczuć można także na nowej ep-ce grupy i to chyba najważniejsza konkluzja wynikająca z lektury „Korpusu Czechosłowackiego”. I – jednocześnie – jeden z niewielu punktów stałych, ponieważ w innych kwestiach śląska trupa, jak ognia, unika straszącego zgnuśnieniem klimaksu. Mimo wszystko, zaskakiwać może bezpośredniość tego materiału. „Trupie oczy” rzeczywiście mają coś z Lao Che. Natomiast już to, co wyprawia się w „Dokąd? Na wprost!”, początkowo mnie – przyznaję – przerosło. Sama idea osnucia numeru na parafrazie znanego wierszyka o lokomotywie wydała mi się tak surrealistyczna, że aż uwierająca. Później uderzyło mnie jednak tło, jakiś niewinny chórek, coś zaskoczyło i więcej pytań nie miałem… Wieńczące dzieło, jakby korona z papieru i sreberka, „Czerwone plaże Władywostoku” to zaś prawdziwa perełka; rozleniwiająca niby, wiejska sielanka. Zasnąć jednak nie pozwala, podszyta jest bowiem jakimś specyficznym niepokojem. I słowa – Wędrowcy raz jeszcze utwierdzają w przekonaniu, że są swego rodzaju prorokami, wymyślającymi język na nowo. Rwą go i sklejają ponownie, tworząc abstrakcyjne zlepki, które, wtłoczone następnie w świat przedstawiony, zaczynają żyć własnym życiem. Niczym zza sennej zasłony dociera do nas, że tam był świat (co wszystko mu jedno), a tu jest grad. Co dalej? Nie mam pojęcia, choć wiem, że będzie to coś dobrego.W~T~Z

Grzegorz Pindor Doczekaliśmy naprawdę ciekawych czasów. Jeszcze parę lat temu nikt nie pomyślał, że to właśnie black metalowcy będą pchać do przodu nasze (i nie tylko) podziemie. Druga rzecz, nikt w najśmielszych snach nie przewidział, że ostatecznie, najbardziej ortodoksyjny i „wściekły” nurt przebije się do mainstreamu, zaskakując przy tym uniwersalnością przekazu i swym gatunkowym ogromem. Wspominam o tym celowo, gdyż ludzie odpowiedzialni za ten stan rzeczy należą do dość wąskiego grona artystów, któremu nie w głowach kapitalizowanie fejmu, ale przekraczanie kolejnych granic. Tak było z Odrazą, tak jest z raczkującymi dopiero Biesami, w tle czai się Licho, a do tego wszystko co związane z Let The World Burn. Na końcu wyliczanki są Wędrowcy-Tułacze-Zbiegi, twór który na tle reszty krajowej czerni jest osadzonym nie tyle w (umownie) awangardzie, co bardzo plastycznym projektem, emanującym chłodem i nostalgią by przejść w rock’n’rollowy luz a następnie ściąć głowę ciężarem (i nie mam tu na myśli brzmienia). Mało tego, w Wędrowców zaangażowani są ludzie -firmamenty zespołów, o których mowa powyżej, więc jeśli chodzi o znak jakości tego co słyszymy na „Korpusie Czechosłowackim” nie ma obaw. Kolejna sprawa, najważniejsza, to sposób w jaki prowadzona jest narracja tego materiału. Specjalnie przerobiona „Lokomotywa”, wulgarny język i spajający całość motyw wędrówki po którymś odsłuchu biją na głowę dekadentyzm „Światu jest wszystko jedno”. Chce się do Władywostoku. Śmiejemy się z redaktorem Gościniakiem, że to takie marzenie, trip raz w życiu, ale nim się wydarzy, warto odpalić te cztery numery, żeby poczuć jak karkołomne jest to przedsięwzięcie, a dodatkowo, lepiej zalać się w trupa, bo „piosenki” tworzące „Korpus” choć nośne (podział wokali w „Czerwonych Plażach…”) do przyjemnych nie należą. Jeśli słuchać tego materiału to głośno, ale w samotności, snując wizje dalekich podbojów. Podkład muzyczny do tego nie zachęca, bo riffów (tfu!) tu jak na lekarstwo (liczą się smaczki-akcenty), ale jeśli, czytelniku, ponad wielowarstwowe kompozycje stawiasz klimat, wygrałeś życie. O ile dotrwasz do końca wędrówki.