WE CALL IT A SOUND – Trójpole

Najważniejsze – nie udawać. To chyba maksyma, która towarzyszy temu projektowi od samego początku. Nie jedziemy zatem do Ameryki, nie robimy się na zblazowanego mieszkańca Manchesteru. Pozostajemy w kraju, na wsi, w starym domu wśród drzew i łąk. Tam znajdziemy spokój i inspirację, co niekoniecznie musi oznaczać toporną przaśność. We Call It a Sound udowodnił, że folklor nie jest karykaturalny a elektroniczny avant pop czuje się dobrze także poza Wyspami. Udana transplantacja niezbyt polskiej muzyki na naszą, czarną glebę.

Braterski duet nie jest normalnie funkcjonującym zespołem. Jak sami przyznają, trudno oddać ich sztukę na żywo, skupiają się zatem na szukaniu najlepszych rozwiązań, brzmień i słów, by znaleźć połącznie między eksperymentalną elektroniką a ludowymi melodiami. Efekt jest zaskakujący, bo choć nie sądzę, że bracia Majerowscy są nowymi Witoldami Korczyńskimi, odkrywającymi zapomniane piękno i siłę polskiej wsi, to paradoksalnie, mają szansę, żeby w nowej, atrakcyjnej dla współczesnego hipstera formie pokazać ten zapomniany i często wstydliwie skrywany kawałek Polski.WCIAS Band

Wszystko zaczyna się od mocnego strzału w postaci „Wstrętu”, chyba czegoś w rodzaju pomachania ręką na pożegnanie tradycyjnej stylistycznie pieśni rockowej. Jeśli ktoś przyjął, że ten kawałek wyznacza charakter „Trójpola”, może być zaskoczony. W pozostałych numerach duet odchodzi od klasycznie pojmowanej formy piosenki, bawiąc się raczej aranżacją syntezatorów, ale w sposób mało oczywisty. Czasami dozuje oszczędne dźwięki („Barwy ochronne”), to znowu wchodzi w klimaty znane chociażby z płyt 4AD, potrafi też zaaranżować swoją muzykę z niezłym rozmachem („Fluorescencje”). Największym dobrem tej płyty są niebanalne melodie i partie wokalne. „Skafander” i „Smugi” to momenty, gdzie braciszkowie popisują się rewelacyjnym śpiewem, czasami jednak potrafią zabawić się w lekką autoparodię (brzmiący nieco karykaturalnie „W pełnym słońcu”). Z drugiej strony owa ludyczność  całkiem nieźle znosi się z syntetykami; warto zwrócić uwagę na fajnie przetworzony motyw w „Na dalekiej”, czy „Kawalerskie opowieści”, gdzie melodia okraszona jest niemal depeszową, aksamitną elektroniką. Osobne komplementy należą się piosence „Na Powiach”, gdzie smętnie zawodzący klarnet od razu przypomina mi wstrząsający film W. Smarzowskiego „Róża” .

Dużo odkrywania jest na tej płycie. Cała masa smaczków, poutykanych w czeluściach kompozycji, misternie splecione historyjki, które pozornie zaczynają się i kończą jakby w oderwaniu od rzeczywistości. I hipnotyzują. Nie powiem, że to płyta na letnie popołudnie, bo jest w niej coś niepokojącego, budzącego w pierwszym momencie opór. Czyli znowu muzyka do smakowania i dostrajania. Tak jak lubię. Choć bez gitar i walących bębnów. W ten sposób też można.

Arek Lerch

Zdjęcie: Grupa Napięcie

Cztery i pół