WASIO – s/t (Agora)

Na temat Oceanu, czy też OCN pisaliśmy na łamach Violence niejednokrotnie. Zespół to dla tzw. rockowej muzyki środka ważny i ich płyty, choć nie wpisywały się w żadną scenę, miały w sobie coś wyjątkowego. Po latach obijania się na scenach i mozolnego – w sumie udanego – marszu na szczyt Maciek Wasio, szef zespołu, postanowił zakończyć jego działalność. Czy na dobre? Tego nie wiadomo, wiadomo za to, że po trzech latach od śmierci (bądź hibernacji…) OCN, dostajemy do rąk wypieszczoną płytę solową.

Trochę czasu musiało upłynąć, i choć mogło się wydawać, że nieco za dużo, to wyjaśnienie tej sytuacji jest proste – w ostatnich latach Maciek stał się wziętym producentem muzycznym a także tzw. ghostwriterem – pisał muzykę dla innych artystów. Te prace tak go wciągnęły, że solowa płyta, choć od dawna gdzieś sobie kiełkowała, musiała poczekać na dogodny moment. Który właśnie nastąpił, dlatego warto poświęcić kilka chwili i tyleż słów tej produkcji, bo to dzieło dla samego artysty bardzo istotne. Jeśli ktoś wsłuchiwał się w kilka ostatnich płyt OCN, nie będzie „solówką” Maćka zaskoczony. Wokalista od dawna  nie ukrywał swoich fascynacji Ameryką, współpracował z tamtejszymi producentami, chłonął korzenną atmosferę min. Nashville, i dzisiaj wszystkie te fascynacje zogniskowały się w dziesięciu kompozycjach debiutanckiej płyty.Wasio

Co zatem dostajemy? Przede wszystkim – muzykę przepięknie brzmiącą. Tu nie ma słabego punktu, każdy instrument brzmi jak – nomen omen – milion amerykańskich dolarów. Zwróćcie uwagę na sekcję rytmiczną, tak plastycznych bębnów ze świecą szukać, zresztą, reszta instrumentów tak samo; słychać, że kooperacja Maćka z Marcinem Borsem osiągnęła tu wyżyny. Jest to jednocześnie piękne nawiązanie do klasycznych wzorców, żadnego kombinowania i udziwniania brzmienia na siłę. Także głos Maćka z biegiem lat okrzepł, znalazł idealną dla siebie częstotliwość, wydaje mi się także, że pan Wasio zmienił się jako człowiek, czego dowodem jest fakt, że muzyka stała się mocno melancholijna, wyhamowana i pozbawiona niepotrzebnego napięcia. A jednocześnie jest przepięknie głęboka, przykuwa uwagę i wręcz zmusza do posłuchania, co też Maciek ma do powiedzenia. Nie dziwota, że zespół celuje w koncerty z publicznością siedzącą. Kontemplacja jest w tym przypadku najważniejsza. Na dzień dzisiejszy polecam nostalgiczny „Usłysz mój głos”, nieco podniosły „Bądź” i hipnotyczny „O czym do mnie milczysz”. To na początek, bo reszta wcale nie jest gorsza.

Arek Lerch 

Pięć