VOLCANO CHOIR – Repave (Jagjaguwar/Sonic)

Ciąg dalszy eksploracji krainy łagodności. Choć tym razem zdecydowanie rockowej, może jedynie delikatnie eksperymentalnej. Volcano Choir to zespół stacjonujący w wielce intrygującym stanie Wisconsin. Z czym się to miejsce kojarzy? Z nudą, o czym otwarcie mówili członkowie świetnego, noise rockowego trio Killdozer. No i oczywiście z farmami mlecznymi. Zapewne dlatego, zmęczeni polno – rolniczym krajobrazem, muzycy Volcano Choir na swojej drugiej płycie umieścili wielce romantyczny obrazek wzburzonego morza.

Morza, które raczej nie obrazuje dość spokojnej muzyki tego zespołu. Zanim przejdziemy do meritum, warto zwrócić uwagę na fakt, że muzyczne influencje, jakie zbiegają się w tym projekcie są tak szerokie, jak historie muzykantów, tworzących rzeczony sekstet. Główną postacią jest Justin Vernon, songwriter, gitarzysta i wokalista, którego artystyczna droga jest niesamowicie bogata; kolaborował z różnymi składami (Eau Claire Memorial Jazz I Ensemble, The Shouting Matches, DeYarmond Edison) a największą chyba sławę zdobył występując z indie folkowym Bon Iver, z którego zresztą zdezerterował w 2012 roku. Volcano Choir początkowo był tylko korespondencyjnym projektem, szczególnie na poziomie pierwszej płyty „Unmap”. Dopiero po jej wydaniu i kilku koncertach okazało się, że jest szansa na więcej, czego efektem jest „Repave”, dokumentujący zdecydowanie bardziej rockowe oblicze grupy.

I w tym miejscu zaczyna się mój dylemat, z którym muszę się zmierzyć, mianowicie, jak wytłumaczyć szanownym czytelnikom, co gra zespół, który jest w zasadzie kompletnie nieznany w nadwiślańskim kraju? Ciekawostką jest fakt, że grupę wrzuca się do worka z napisem indie, jednak zdecydowanie bliżej jest im do post rocka. Głównym atutem zespołu są niezwykle smakowite pod względem harmonicznym partie gitar. Czasami mogą się kojarzyć z niewymuszoną posępnością Slint, w wielu miejscach z jazz rockiem, gdzieś pojawiają się aranżacyjne zabawy z rytmicznym ustawianiem uderzeń poszczególnych instrumentów, co brzmi wielce intrygująco. Przede wszystkim jednak chodzi o melodykę tych nagrań, operującą niesamowitymi kolorami, nadającymi nagraniom lekko melancholijnego, ale i nader optymistycznego charakteru. W niektórych miejscach muzyka za sprawą bardziej masywnej gry sekcji rytmicznej staje się energiczna, przede wszystkim pulsuje jednak swobodnie, budząc niejakie podejrzenia o improwizowany charakter poszczególnych utworów. Kiedy słyszę np. „Tiderays” czy „Acetate”, wyobrażam sobie muzyków, siedzących razem i spokojnie płynących na fali dźwięków. Nowe nagrania są na pewno nakreślone grubszą kreską niż te znane z debiutu, może koncertowe doświadczenie pchnęło muzyków w stronę silniejszego zrytmizowania i nadania im bardziej zdecydowanych kształtów? Na płycie znalazło się też kilka fragmentów, gdzie główną rolę pełni delikatna elektronika i gitary akustyczne, wtedy możemy mówić o typowo postrockowej psychodelii. Przede wszystkim słychać, że grają dojrzali i doświadczeni muzycy, skupiający na wydobyciu z instrumentów klimatu, bez popisywania się niemałymi przecież umiejętnościami.

Nie wiem, czy uda się zaszczepić ten rodzaj wrażliwości w świadomości mas, zresztą Volcano Choir nigdy nie będzie zespołem popularnym, ze względu na zdecydowanie kontemplacyjny charakter twórczości; jeśli jednak ktoś lubi takie, lekko rozmarzone i smęciarskie granie, może zmierzyć się z krążkiem i wyciągnąć z niego bardzo dużo fajnych, pozytywnych emocji. Na własny użytek nazywam twórczość VC „artystyczno – psychodelicznym indie” i to niezbyt gramotne określenie zadziwiająco dobrze oddaje istotę „Repave”. Polecam.

Arek Lerch

Pięć