VOLBEAT – Beyond Hell Above Heaven (Mascot Records)

Smutno, kiedy ulubiony zespół wyraźnie zaczyna szwankować. Jeszcze dwa, trzy lata temu, opętany elvis – metalem Duńczyków nie przypuszczałem, że napiszę takie słowa. Volbeat wyraźnie zadrżał w posadach…

Przyznam się, że kiedy oglądałem w ubiegłym roku fenomenalny koncert Volbeat, myślałem, że ta krucjata nigdy nie zwolni. Zespół stworzył schemat, który od kilku lat szlifował i wyciągał na światło dzienne kolejne perełki. Połączenie lekko thrash’owych (żeby nie napisać – metalikowych…) riffów z prosto nabijającą sekcją i błyskotliwym wokalem nie jest niczym nowym. Volbeat udała się jednak taka sztuczka, jak tchnienie w te proste schematy niesamowitej żywiołowości połączonej z zaraźliwą melodyką. To nic, że trąciło Elvisem, że kawałki proste jak cep i mało oryginalne. Dopóki nagrywali takie płyty jak „Guitar Gangsters And Cadillac Blood” mogli robić wszystko. W swojej ojczyźnie zespół osiągnął szczyty popularności, Europa też leżała u stóp. Mocno amerykański feeling połączony z typowo skandynawskim poczuciem rocka wróżył zespołowi jak najlepiej. Aż tu nagle pojawia się nowy krążek i… coś się stało. Niby wszystko jest w jak najlepszym porządku – zielonkawa, typowa dla zespołu okładka, sterylne brzmienie, Poulsen w życiowej formie. Zabrakło zwyczajnie chwytliwych kompozycji i porywających refrenów. Co ciekawe, każdy chorus jest melodyjny, można go nucić, ale, o dziwo, nie porywa, nie wierci natrętnie uszu. Słuchając płyty ma się wrażenie, że zespół zbyt ochoczo trzymał się schematów. Pilnował każdego detalu, by idealnie odwzorowywał dotychczasowe pomysły. Nawet melodyjki Poulsena brzmią tak, jakby je poskładał ze strzępków  poprzednich płyt. Słucham tych refrenów i cały czas mam wrażenie, że Michael śpiewa ciągle tą samą melodię, tylko z drobnymi zmianami. Co oczywiście nie oznacza, że płyta jest zła. Ma swoje dobre momenty, ale pod koniec wyraźnie nudzi i nie zachęca do ponownego z nią przebywania. Szkoda, że zespół podszedł do jej stworzenia z rzemieślniczym zacietrzewieniem. Zamiast otworzyć się na nowe pomysły, pokombinować, stworzył zachowawczy, ostrożny album. Tak jakby bał się utracić raz uzyskanej pozycji. Podobny syndrom dopadł już Mustasch i Backyard Babies, teraz, niestety, przyszła pora na nowych bogów rocka.

Nie wiem, czy polecać płytę, czy raczej zachęcić do zapoznania się z poprzednimi dokonaniami zespołu… Może za rok  będzie mi się bardziej podobać, dzisiaj uważam, że Volbeat złapał zadyszkę. Kredyt u fanów pozwoli im pewnie przetrwać ten rok, ale za jakiś czas trzeba porządnie zabrać się do pracy, bo następna tak zachowawcza i mało porywająca płyta będzie ich kamieniem nagrobnym. Póki co, muzyka najlepiej sprawdza się jako podkład do długiej podróży samochodem. Nie ma obawy, że w przypływie emocji depniemy na gaz, a jednocześnie miła atmosfera zapewniona.

Arek Lerch 

Trzy