VOIDHANGER – Dark Days of the Soul (Agonia)

Voidhanger można albo kochać, albo lubić. Nie słuchasz Voidhanger? To jesteś pozerem.

„Dark Days of the Soul” to album spełniający wszelkie wymagania, jakie mogliby przed nim stawiać wszyscy fani obskurnego i wulgarnego metalu. W porównaniu do doskonałego przecież „Working Class Misantrophy”, najnowszy album śląskiego trio jest jeszcze szybszy, brutalniejszy i bardziej agresywny. Piękne są wzorce, z których czerpie Voidhanger – tym razem jest chyba bardziej thrashowo, momentami wręcz punkowo, a całość dzięki temu nabiera jeszcze nieprzyjemniejszego posmaku. Pewnie, że „Dark Days of the Soul”  to album skrajnie wtórny, ale paradoksalnie w tym tkwi też jego największa siła. Po raz kolejny Voidhanger udowadnia, że metal, obdarty z często niepotrzebnej i gloryfikowanej intelektualnej otoczki, to muzyka stricte rozrywkowa, a kłanianie się w pas Venom to jedna z jego największych cnót. Nie sądzę, żeby w tym roku ukazała się bardziej metalowa płyta.Voidhanger

Tradycyjnie już Voidhanger kieruje swoją twórczość ku zwolennikom najprostszego gitarowego wyziewu, jednakże daleki jestem od określania muzyki zespołu mianem prostactwa. Oczywiście, to dźwięki proste i bezpośrednie, które słyszeliśmy na setkach innych wydawnictw, ale… Po prostu są zajebiście zagrane i po prostu stoją na cholernie wysokim poziomie – nie tylko jak na standardy black/thrash metalu. Riffy, choć niezbyt wyszukane, są cholernie chwytliwe i wbrew pozorom partie gitar nie są wcale monotematyczne. Fantastycznie w tego typu graniu odnajduje się Warcrimer – udowadniał to niejednokrotnie w Infernal War, udowadnia także i tutaj, z prawdziwą furią wypluwając z siebie kolejne niezbyt poetyckie wersy. Również Priest, choć jego gra opiera się głównie na dość prostych tempach, znajduje co najmniej kilka momentów, by pokazać nieco więcej kunsztu i umiejętności. Dobra, zresztą nie oszukujmy się – sztuką samą w sobie jest napisanie ośmiu chwytliwych, niemal „przebojowych” utworów, które są przy tym przesiąknięte do cna ekstremalnym charakterem. „Dark Days of the Soul” jest środkowym palcem wbitym we wszelkie mody, w przeintelektualizowanie metalu i robienie z niego tego, czym tak naprawdę nie jest. Przede wszystkim zaś jest to trzydzieści pięć minut fantastycznie obskurnego, brzydkiego i niedzisiejszego grania. I to jest, proszę państwa, piękne.

Mówiąc o polskim black metalu, myślimy w pierwszej kolejności o Mgle, Furii, Thaw czy Mord’A’Stigmata, zapominając, że równie ważne i potrzebne są pierwotne wyziewy Infernal War, nieco zapomnianego Bloodthirst czy Voidhanger właśnie. To niezwykle istotne ogniwa w ekosystemie, których istnienie przypomina nam, że metal to ma być przede wszystkim muzyka diabłu miła.

Michał Fryga

Zdjęcie: Maciej Mutwil

Cztery