VOICES – From the Human Forest Create A Fugue of  Imaginary Rain (Candlelight)

To tendencja powtarzająca się co jakiś czas w muzycznym biznesie. Muzykanci znudzeni starą nazwą postanawiają rozpocząć karierę pod zmienionym szyldem. Nowe rozdanie, pomysły. Czysta karta jednym słowem. Czasami się udaje, innym razem nie. W przypadku Voices mamy do czynienia z jak najbardziej udanym debiutem.

 

Dobra wiadomość dla fanów rozwiązanego w 2012 roku Akercocke. Trzech muzyków, znanych z tej formacji  – bębniarz David Gray, gitarzysta Peter Benjamin i Sam Loynes, który wspomagał zespół na deskach – rozpoczęło działalność pod nowym szyldem i właśnie promuje debiutancki album. Album, który w zalewie hałasu przejdzie pewnie niezauważony, sam zresztą niemal go przegapiłem, co byłoby strasznym błędem. Żeby było jasne – Voices, pomijając podobieństwa do nieszablonowej muzyki Akercocke, to po prostu kawał death/black metalowego szitu na bardzo wysokim poziomie. Być może w pierwszym momencie zwodzi nas dość duży udział typowego, blastującego szkieletu rytmicznego, jednak trzeba dać płycie szansę, by wychwycić coś, co jest jej dobrem absolutnym – przeraźliwie chore, w wielu miejscach niesamowicie przejmujące riffy gitarowe. Czasami muzycy zapuszczają się głęboko w mroźne, black metalowe ostępy, to znowu budują dysonansowe, hipnotyczne zgrzyty  („Dnepropetrovsk”, „Creating the Museaum of Rape”), z których wyłania się zupełnie nowa jakość. W każdej sekundzie słychać duże doświadczenie załogi, która balansuje na krawędzi bestialskiej łupanki i niemal awangardowych rozwiązań harmonicznych, tak charakterystycznych dla ekipy death’owych krawaciarzy. Zastanawiam się wręcz, czy nie jest to lepsza propozycja, zważywszy na w sumie sporą przystępność materiału. Elementem, który dodaje specyficznego klimatu nagraniom jest ciekawe użycie czystych wokali, męskich i szczególnie damskiego zawodzenia, na szczęście, kojarzącego się bardziej z Diamandą Galas niż Liv Kristine. W tym wszystkim Voices pozostają stricte metalowi, budując szkielety opierające się o typowe, death’owe mielenie. Być może był to celowy zabieg, wyznaczający granice, które jednak dla Anglików istnieją. A to nie musi, choć może przeszkadzać, w zależności czego oczekujemy. Jeśli kroku do przodu, w stosunku do propozycji  Ackercocke, może okazać się, że nie, bo to raczej uskok w bok.

Te pokrętne wypowiedzi nie zmieniają faktu, że „From the Human…” po prostu dobrze się słucha. Można potupać nóżką i jednocześnie poczuć wyższość nad pospólstwem, udając, że rozumiemy te wszystkie dziwne, maksymalnie chorobliwe zagrywki. Voices świata nie zawojują, ale dobrze, że z nami są. Dzięki takim kapelom death/black metal nadal ma swój sens.

Arek Lerch 

Cztery i pół