VERMONA KIDS – Very Sorry (wyd. własne)

Są takie zespoły, których recenzja mogłaby się sprowadzić do wyświechtanego „Posłuchaj koniecznie, jeśli lubisz…” – i tu zaczyna się giełda nazw pozycjonujących bohaterów względem muzycznego biznesu, przeszłości i teraźniejszości. Jest to tyleż banalne co krzywdzące, choć niewątpliwie wygodne. Vermona Kids to właśnie taki band, przy którym od razu otwierają się różne klapki… ale jest to jednocześnie za dobry zespół, żeby tak go krzywdzić.

Dlatego sprowadzimy temat do informacji, że – jak łatwo się domyślić – „Very Sorry” to sprawny wehikuł czasu, który przenosi słuchacza do pierwszej połowy lat 90., gdzie królowały indie/emo/hałaśliwe formacje, jedną nogą pozostające w ścisłym undergroundzie, drugą badające bardziej komercyjny grunt, choć na tym badaniu zazwyczaj się kończyło. Co to oznacza? Ano, melodyjne, balansujące gdzieś w okolicach piosenki granie. W gruncie rzeczy pozytywne, choć z przyjemną nutką psychodelicznej melancholii/smutku w tle. I taki jest właśnie zespół Vermona Kids. Proste formalnie kompozycje, skupiające się na wydobywaniu emocjonalnego doła, oprawionego w rzężące gitary. Czy tego chcą czy nie, jest w tym element kontynuacji muzyki, która znalazła się chociażby na „Chase Chagrin Away”, słyszę w tym, przepraszam, „wołowskość”, i jest to jak najbardziej pozytywne odczucie. To taka muzyka, która będzie nam nienachalnie towarzyszyć, świata nie zburzy, ale poprawi nastrój.Band

Daleki jednak jestem od prób „banalizowania” roboty Vermona Kids, bo trzeba mieć dobrze poukładane we łbie, a także szczyptę talentu, żeby komponować takie zgrabne piosenki. Obudowane doskonałymi, plastycznymi riffami, czasami zaskakujące drobnymi zabawami aranżacyjnymi, ale zawsze z czujem kończące się tam, gdzie trzeba. Bez dłużyzn, czasami z lekko punkowym zębem, to znowu ciut psychodelicznie rozjechane. Ujęte w ramy solidnej rytmiki i trzymane w kupie przez świetne brzmienie (Perła ma rękę do takiej muzy…). Jedyne co mnie niezmiennie fascynuje to fakt, że te piosenki dobiegają gdzieś do granicy, gdzie kończy się „melodyjność” a zaczyna „przebojowość”. Dobiegają, i zatrzymują się niezdecydowane, i tu zastanawiam się czy to działanie z premedytacją, w celu uniknięcia mielizny, bo tak po prawdzie nigdy nie wiadomo, co stanie się przebojem a co muzakiem bez korzeni. W podobny sposób zachowywał się świetny skądinąd zespół Happy Pills. Oczywiście, przyjmuję opcję bardzo konsekwentnego budowania wizerunku. Wystarcza mi ta doza melodyki, nie przeszkadza ostrożność. Zespół działa całkowicie niezależnie, sam wydaje sobie płyty, robiąc dokładnie takie kroki, które wymusza własna wola a nie wymogi rynkowej presji. Po prostu – Wołów, czyli stan umysłu. Gorąco polecam.

Arek Lerch 

Pięć