VENENUM – Trance od Death (Sepulchral Voice Records)

Może zabrzmi to jak biadolenie starego dziada, ale nie mogę ostatnimi czasy znaleźć wiele interesującego na scenie death metalowej. Szukając niejako wspomnienia po starej miłości, z obowiązku sprawdzam te wszystkie trendy i mody, które każą nowym zespołom nurzać się w grobach. Ale tak naprawdę na przestrzeni ostatnich miesięcy znalazłem ledwie kilka ciekawych płyt, a poza tym prawie za każdym razem, gdy trafiały do mnie dźwięki z death metalowej półki, była to raz lepiej, raz gorzej skrojona, ale w większości strasznie nudna sztampa. Ostatnią rzeczą, jakiej się spodziewałem było to, że płytą, w której odnajdę przynajmniej mały powiew świeżości będzie materiał zespołu z Niemiec. No, ale jednak niezbadane są wyroki.

Historia Venenum powinna rozpocząć się od słów, że znani z nikomu nieznanych a już na pewno niepotrzebnych, thrash metalowych zespołów muzycy postanowili zmienić barwy i zająć się muzyką ciężką, mroczną i brutalną. Po drodze stworzyli sobie logo, które później prawdopodobnie zainspirowało do wyklepania własnego szyldu szwedzki Vampire, ale naprawdę to wszystko nie ma większego znaczenia. Liczy się tylko jedno. „Trance of Death” to solidny kawał dość świeżego death metalu, który kupuję praktycznie w całości.
Ostatnio zarzucił mi ktoś, że nie szanuję porządnych muzycznych rzemieślników, zespołów, które w scenowym wyrobnictwie osiągnęły mistrzostwo, lecz choćby skały płakały nigdy nie wejdą na wyższy poziom, a być może nawet tego nie chcą. Tyle, że ja solidne rzemiosło szanuję i przykładem tego niech będzie to jak ciepłym uczuciem darzyć zamierzam debiutancki LP Venenum. Bo przecież czymże jest ten materiał, jeśli nie wyrobem rzemieślniczym wysokiej jakości? No wizjonerstwo to to nie jest…bandpic-1024x815

„Trance od Death” to materiał pełen doskonale zgranych oczywistości i ciekawostek, dzięki, którym nie męczy a wręcz wciąga na długie godziny. Podstawą jest tu dość gruboskórny death metal mocno inspirowany początkami Morbid Angel, czyli ciężkie, tłuste, zgniłe riffy podane w tempach może nie najszybszych, ale na pewno obłędnych, cokolwiek to znaczy. Dodajmy do tego ponury, wisielczy klimat stojący gdzieś pomiędzy doom metalem a pełnym grozy thrashem, jaki uprawiał choćby taki Mercyful Fate a robi się coraz ciekawiej. Jednak w mojej ocenie wspomniane elementy nie wystarczą do tego by materiał w pamięci został na dłużej niż chwilę. To nadal trochę za mało. Dlatego też Venenum biorą się za bary z ciekawością muzycznego świata i z konfrontacji tej wychodzą, co najmniej obronną ręką. W czym rzecz? Posłuchajcie takiego „The Nature Of The Ground” przecież to, co dzieje w tym kawałku w kwestii gitar to agresywnie progresywna jazda w najlepszym stylu, jaki pokazał światu choćby Tribulation na swoim drugim albumie. Naprawdę szacun. Doceniam to, że są jeszcze muzycy, którym chce się reanimować death metalowego trupa a nie skupiać się tylko i wyłącznie na milionowym odgrywaniu tych samych patentów. Choć oczywiście tych oklepanych zwrotów akcji na „Trance od Death” nie brakuje. Ale to folklor, który potrafi być strawny i ponętny.
Debiut Venenum to płyta, co najmniej ciekawa, na której degustacji czas mija tyleż przyjemnie, co nieubłaganie. Najmocniej w tym graniu kręci mnie cienka nić dobrego smaku i prawie niezauważalna granica, co z tymże smakiem można z death metalem połączyć a co byłoby już przegięciem. Myślę, że wskazanie palcem: „o, tu pojawia się wyjątkowy riff” czy „tą grą sekcji i bujającą na jej tle solówką można by obdzielić kilka rockowych bandów” byłoby nietaktem, zaborczą próbą obdarcia Was z przyjemności odkrywania. Powiem więc tylko tyle, że warto zanurzyć się w „Trance od Death” i poszukać tam czegoś więcej niż oferuje nam 90% współczesnych zespołów death metalowych.

Wiesław Czajkowski

Pięć