VARMIA – W ciele nie (Pagan Records)

Próby łączenia muzyki folkowej z black metalem, a wręcz metalem w ogóle, wydają się być co najmniej niewdzięczne. Bardzo łatwo zgubić prawidłowy azymut i wpaść w gąszcz pretensjonalnej przaśności, która budzić może w najlepszym razie jedynie uśmiech politowania. Naprawdę nie jest łatwo wyjść z tego z twarzą na tyle, żeby bez wstydu spojrzeć w lustro – nie wspominając już o tym, że bardziej interesujący album w tej stylistyce to istny rarytas… „W ciele nie” może nie jest akurat tym albumem jednym na milion, ale bez wątpienia dzięki niemu muzycy Varmii mogą chodzić z podniesionymi głowami.

„W ciele nie” to przede wszystkim płyta black metalowa, na której wszystkie te folkowe czy ludowe nawiązania są jedynie ornamentem. Głównym składnikiem muzyki Varmii jest pełen surówki metal, przywodzący na myśl z jednej strony norweską scenę z połowy lat dziewięćdziesiątych, z drugiej zaś mający też punkty wspólne chociażby z wczesną Furią. Na podkreślenie zasługuje jednak przede wszystkim fakt, że „W ciele nie” nie jest przytłoczone nadmiarem skrzypiec, piszczałek czy harmonijek, a wręcz odwrotnie – album jest stosunkowo pod tym względem oszczędny. Swoista ludowość Varmii przejawia się wyraźniej w całkiem dobrych, polskojęzycznych lirykach. Dosyć często pojawiają się też czyste partie wokalne, nierzadko zaaranżowane na wielogłosy, które – choć w pewien sposób monotematyczne – nie tylko wprowadzają sporo melodyjnego, chwytliwego pierwiastka, ale też sprawiają, że „W ciele nie” dostaje bardziej ekspresyjnego charakteru. Być może troszeczkę męczy kompozycyjna prostota i zamknięcie się w podobnych schematach, ale z drugiej strony trzyma to też ten album w ryzach. Na pewno bardzo, bardzo służy tej muzyce surowe, wręcz niechlujne brzmienie, które jeszcze bardziej podkreśla, że to przede wszystkim krążek zapatrzony na metalowe podziemie sprzed dwudziestu lat.Varmia

„W ciele nie” to na całe szczęście materiał, który wcale nie musi odrzucać nikogo, kto na samą myśl o łączeniu folku z metalem dostaje torsji. Drugi album w karierze Varmii to dobrze przemyślana muzyka, odpowiednio chwytliwa i melodyjna, umiejętnie ozdobiona ludowymi ornamentami i przede wszystkim – nawet wtedy, gdy zespół kieruje się ku bardziej akustycznemu brzmieniu (vide „Czeremcha”) – wciąż o niemal nieskalanym, metalowym rodowodzie. Oczywiście Varmii można zarzucać pewną wtórność, ale z drugiej strony jest w tej muzyce na tyle dużo pasji i fajnych pomysłów, że to po prostu nie powinno przeszkadzać. Jeśli tak ma teraz brzmieć folk metal, to myślę, że mógłbym się z nim pogodzić.

Michał Fryga

Zdjęcie: Photocoder – kąt fotografii różnej

Cztery