VADER – Tibi et Igni (Nuclear Blast)

Nie ma na świecie wielu aktywnych i istotnych, death metalowych kapel, które mogą poszczycić się wydaniem dziesięciu płyt studyjnych. Jest Cannibal Corpse, Malevolent Creation, Deicide czy Grave. Lista dość krótka. Vader dołączył właśnie do tego elitarnego grona, lecz biorąc pod uwagę dwa albumy koncertowe, wypełniony coverami „Future of the Past” i wspominkowy „XXV”, granica dziesięciu wydawnictw została złamana już dawno temu. Ważniejsze jednak od rocznic, jubileuszy i świętowania jest pytanie czy założony trzydzieści lat temu przez Piotra Wiwczarka zespół wciąż ma w sobie piekielny ogień i hipnotyzującą moc?

„Tibi et Igni”, tradycyjnie dla płyt Vadera, rozpoczyna się od długiej orkiestracji, wprowadzającej w nastrój grozy. Zaraz potem nawałnicą jadowitych riffów uderza „Go to Hell”. Stosunkowo prosty, wpadający w ucho, brutalnie thrashujący numer, który nie przytłacza ścianą blastbeatów od pierwszych sekund. Można by wręcz rzec – typowy Vader! Gdyby nie fakt, że mamy XXI wiek i minęły już całe dekady, sensownym wydaje się stwierdzenie, że nowe kawałki „Where Angels Weep”, „Abandon All Hope” czy „Armada of Fire” z dużym powodzeniem mogłyby znaleźć się na wydanych dwadzieścia lat temu klasykach „Sothis” czy „De Profundis”. Vader wrócił do korzeni? Nie, ponieważ nigdy się od nich nie odciął, a już wydane w 2009 „Necropolis” było przecież reklamowane jako „Ultimate Incantation II”. Zespół Petera konsekwentnie do perfekcji opracowuje death metalowe mistrzostwo i dąży do ideału. Być może doskonałość osiągnął już przed laty na „Black to the Blind” czy „Litany”, ale okazuje się, że Vader to wciąż głodna bestia, pełna witalności, ambicji, a jednocześnie nie pozbawiona instynktu zabójcy.

To, co najbardziej zajmujące na „Tibi et Igni” to dłuższe, rozbudowane, posiadające bardziej wyszukaną dramaturgię numery jak „Hexenkessel”, „The Eye of the Abyss” czy „The End”. Jest w nich właściwie wszystko, co najlepsze w Vader. Przykuwające uwagę introdukcje, frapujące aranżacje, kapitalne solówki, bezlitosne riffowanie i koszące blastbeaty. Pozornie zdaje się, że już to wszystko raz słyszeliśmy, a jednak wymienione wyżej kompozycje wnoszą coś świeżego, ekscytującego i ważnego do dyskografii Vadera. Peter i spółka są tym samym dalecy od odcinania kuponów. Wciąż poszukują, wciąż z pasją drążą temat, wciąż z pełnym oddaniem death metalowej sztuce i z poszanowaniem jej wzorcowych ram.offic zespol 2

Aktualny skład zespołu gra ze sobą od niedawna i choć Pająk był już obecny na „Welcome to the Morbid Reich”, dla Hala i Jamesa Stewarta to pierwsze nagranie w szeregach Vader. Pierwszy to scenowy wyjadacz, od lat znany z Hermh czy Abused Majesty. Szczególne wyróżnienie należy się zaś młokosowi pochodzącemu z Anglii, który, bez ironii, mógłby być synem zbliżającego się do pięćdziesiątki Petera. Stewart należy do pokolenia Kerima „Krimha” Lechnera (ex-Decapitated), które talentem i brakiem kompleksów błyskawicznie zdobywa uznanie fanów. Wejść w buty Docenta, Daraya czy Pawła Jaroszewicza nie jest łatwo, ale po przesłuchaniu „Tibi et Igni” nie ma wątpliwości, że gość ma pełne prawo, aby siedzieć za bębnami zespołu, którego Polsce zazdrości cały, death metalowy świat.

Adam Drzewucki

Zdjęcie: archiwum zespołu

Pięć i pół