VADER – Black To The Blind (Witching Hour)

Dawno nie pisałem o Vader… Bardzo dawno. Bo też i ostatnie lata działalności tego zespołu są dla mnie… No właśnie, jakie? Na takie zwierzenia przyjdzie czas innym razem, bo nie chcę poruszać wątków nudnych, które były już wiele razy wałkowane. Peter ma swoją wizję i jeśli mu z tym dobrze, tak trzymać. W mojej wizji „Black To The Blind” jest najlepszą, podkreślam to jeszcze raz – najlepszą płytą tego zespołu. 

Vader to lata historii death metalu, znaczone kolejnymi sukcesami, ale też i porażkami. Wydana pod koniec 1997 roku płyta była vaderowym wyjściem z cienia, ugruntowaniem pozycji uzyskanej dzięki „De Profundis”. Wspomniany album ukształtował wizję zespołu, podkreśloną bardzo oryginalną jak na tamte lata, ciekawą produkcją (tandem Bonarowski/Toczko), jednak „Black To The Blind” był krążkiem, który pchnął zespół na zupełnie nowe tory. Z mojego punktu widzenia jest „Black…” rozwinięciem pomysłów z „De Profundis”, połączonym z morderczym odsysaniem ze stylu zespołu wszystkiego co zbędne, każdej, niepotrzebnej nuty, tak, by pozostała esencja.

Docent

Docent

Na płycie tej podkręcono przede wszystkim tempo. A w zasadzie podkręcił je Docent, który stworzył na „Black…” swoje opus magnum, ponad które – co stwierdzam z niezmąconą pewnością i przykrością jednocześnie – nie wzniósł się już do końca swoich dni. Kiedyś, na łamach magazynu Brum, znienawidzony przez vaderową ekipę Wojciech Lada (wtedy Wojciech Wysocki), napisał, że płyty tej słucha się przede wszystkim ze względu na maestrię Docenta. Prawda to okrutna, bo bez tego pana „Black…” nawet w połowie nie byłby tym, czym był/jest. Sztuka, jaką prezentował Docent sprowadza się do perfekcyjnego opanowania pracy rąk. Zazwyczaj death metalowi perkusiści zapominali o górnych kończynach, całą energię ładując w opanowanie obowiązkowego„rowerka”, czyli jak najszybciej bitej, podwójnej stopy. Nasz bohater musiał spędzić między wydaniem „De Profundis” i „Black…” krwawe, liczone w setkach godziny na sali prób, by opanować elementy stylu, które do dzisiaj rozkładają na łopatki. Przy uproszczeniu aranżu, wyeksponowana została szybkość, podkreślona miażdżącymi „szesnastkami”, wystukiwanymi prawą ręką, szczególnie w tych pozornie prostych, punkowych tempach („Distant Dream” – oskarżenia o „hardkorowość” tej płyty były dla mnie niezrozumiałe, choć po latach zaczynam się zastanawiać nad ich słusznością…). Te smaczki, poutykane w krótkich, zwartych utworach czasami są trudne do uchwycenia, ale warto ich szukać – zwróćcie uwagę np. na niesamowite przejście w „The Red Passage”, tuż po wstępie; to jest właśnie szczyt tego muzyka… No i obowiązkowe blasty. Bardzo wyraziste, ciężkie, nie mające nic wspólnego z „głaskaniem” striggerowanego werbla. Ostatnie słowo zostawmy samemu Docentowi, który komentując swoją grę na „Black To The Blind”, humorystycznie stwierdził – „Nadal gram nierówno, ale trochę mniej…” .

Trudno dzisiaj oceniać, jak powstawały te nagrania, czy najpierw był szkic, szkielet a potem riffy czy na odwrót, dość, że na tej płycie wszystko jest ze sobą spojone, zwarte i chirurgicznie bezduszne. Prostota kompozycji jest zwodnicza – w każdym numerze znajdziemy pomysły, „patenty”, które do dzisiaj stanowią trudny orzech do zgryzienia dla adeptów śmiertelnej sztuki. Peter stanął na wysokości zadania – riffy są plastyczne, charakterystyczne dla tego muzyka a przede wszystkim… przebojowe. Tematy z „Carnal”, utworu tytułowego, „Fractal Light” czy ”Distant Dream” zapadają w pamięć, niepokoją i zadziwiają. Jak zwykle u Vader, nie słychać wcale basu, może jedynie we wstępie do „The Red Passage”; ten instrument w zasadzie ma być zagruntowaniem gitarowego płótna i tyle.

Vader 1997

Vader 1997

 Kolejnym elementem, stanowiącym o wyjątkowości płyty była forma promocji, wyrażona świetnym folderem reklamowym (tzw. booklet pressing), składającym się z tłumaczeń wszystkich tekstów, wywiadów z każdym muzykiem i analizą wszystkich dotychczasowych płyt w wykonaniu członków zespołu. Bardzo ciekawe uwagi, dużo informacji. Skupmy się na chwilę na tłumaczeniach. Wszystkie utwory miały swoją genezę w twórczości znanych okultystów, począwszy od Austina Osmana Spare, skończywszy oczywiście na Crowleyu. Pisane z sensem, znajomością tematu (odpowiednie komentarze do każdego tekstu), robiące niesamowite wrażenie, nawet jeśli ktoś miał w tyłku „metalowe poezyje”. To zresztą ostatnia płyta, na której teksty mogły mieć jakieś znaczenie. No, chyba, że ktoś docenia poezję wojenną w stylu „Forwards To Die!”…

Jedynym, kontrowersyjnym elementem jest produkcja Andrzeja Bomby. Sucha, z mocno podbitymi, środkowymi pasmami i minimalnym ambiensem; mam wręcz wrażenie, że „Black To The Blind” była miksowana „pod” Docenta, by wyeksponować jego pracę. Jak te nagrania mogłyby brzmieć w bardziej organicznej, tłustej oprawie, daje za to odczuć koncertowy album „Live In Japan”.

Być może powyższe peany w czasach, kiedy z każdego kibla wyskakuje mega – profesjonalny, death’owy zespół, są śmieszne, jednak Vader z 97 roku, bez „bajeranckiego” zaplecza technicznego, był autentyczny w swoim zwartym minimalizmie. To także najmocniejszy (nie mylić z „najbardziej techniczny”…) skład – znakomicie dysponowani Mauser i Doc, skupiony Peter i malowniczy, choć raczej traktujący bas dość, hmmm, oszczędnie Shambo. 100% Vadera.

Reedycja Witching Hour zawiera dodatkowy numer w postaci znanego z japońskich wydań kawałka „Anamnesis”, nie odbiegającego formą od reszty zestawu. Pozostaje jedynie kwestiaBlack Oryginał okładki… Obrazek Wiśniewskiego, zresztą chyba jego najlepsza praca, miał w sobie coś szatańskiego i doskonale obrazował dźwiękowy huragan. Nowa okładka, przygotowana pewnie ze względu na problemy z prawami autorskimi, jest… I tu wstawcie sobie, co tam chcecie. Jestem miłym człowiekiem, dlatego komentował nie będę. Niech wyrazem szczerości będzie stwierdzenie, że najbardziej podoba mi się ascetyczne, czarne wnętrze digipacka. Jeśli ktoś uważa, że powyższe bajanie jest wyrazem niezrozumiałego sentymentu starego dziada, ma rację. Jestem stary. Jest sentyment. Jest podziw. Jest tęsknota za 97 rokiem. Szkoda, że nie ma już szans, by zobaczyć Vader w tym składzie jeszcze raz na scenie…

Arek Lerch

Sześć