URGEHAL – Aeons In Sodom (Season of Mist)

Czy chcielibyście, żeby wasz zespół grał dalej kiedy was już nie będzie? Nie wiem czy się nad tym kiedyś zastanawialiście i nie wiem czy zastanawiał się nad tym Trondr Nefas, nieżyjący już muzyk norweskiego Urgehal, któremu ta płyta jest dedykowana. Skomponowana została jeszcze z jego udziałem, a dokończona po jego śmierci przez kolegów z zespołu i kilku zaproszonych gości. Czy dobrze się stało? Nefasowi już zapewne wszystko jedno, ale sądzę, że byłby zadowolony słysząc efekt końcowy.

Urgehal to dla mnie taki przedstawiciel ”klasy robotniczej” w black metalu. Nie tracą czasu na filozofowanie o bezsensie istnienia, nie spacerują w zadumie po okolicznych lasach. Ich świat jest prosty. Rządzi nim Szatan i śmierć oraz przekonanie, że tak właśnie powinno być.Ta muzyka potrafi cieszyć równie mocno jak film akcji z Sylvestrem Stallone po tygodniu oglądania TVP Kultura. Czuć, że nie grają jej bogaci chłopcy przebrani za drwali, którzy najbliżej siekiery byli szukając eko-żarówek w Leroy Merlin. I nie ma znaczenia, że Urgehal zawsze zaliczał się bardziej do szufladki „followers” niż „leaders”. Im dalej w las, tym większą wartość odnajduję w muzyce wszystkich tych zespołów z „drugiego szeregu”, które dawniej ignorowałem, bo przecież „lepiej posłuchać starego Darkthrone”. Clandestine Blaze, Horna, Pest, Isvind i im podobne rosną dziś w moich oczach tak samo jak bohaterowie tej recenzji i jest mi z tym bardzo dobrze.Nefas

„Aeons In Sodom” nie odstaje jakoś specjalnie od reszty dyskografii Urgehal. Właściwie tylko fakt, że w poszczególnych utworach śpiewają różne osoby sprawia, że brak Nefasa staje się dla słuchacza odczuwalny. Choć nie jest to brak całkowity, bo zdaje się, że wykorzystano na tej płycie solówki gitarowe, które zdążył jeszcze za życia nagrać. No i na pewno jakiś ślad jego osoby pozostał w tych utworach. Ale nie rozczulajmy się zbytnio, bo mowa o muzyku blackmetalowym, który wolałby pewnie, aby ewentualny smutek jego bliskich (do których nie należymy) pozostał za kulisami. To nie jest płyta opłakująca zmarłego kolegę, to raczej hołd dla stylu życia, jaki sobie upodobał. Bez niepotrzebnego patosu i bez emocji towarzyszących zwykłym życiowym sytuacjom, bo nie o tym taka muzyka ma opowiadać.

Zresztą o kulisach powstania tej płyty wspominam bardziej z recenzenckiego obowiązku niż z własnej potrzeby. Ona doskonale broni się wyjęta z kontekstu, o którym pisałem powyżej. Właściwie wystarczyłoby napisać po prostu, że to kolejny bardzo dobry krążek Urgehal. Szkoda, że już ostatni, ale przecież każda historia musi się kiedyś skończyć. A to, moi drodzy, była całkiem niezła historia.

Michał Spryszak

Pięć