UNDERGROUND OUT OF BANDCAMP – Część IV

Trzeci odcinek serii poświęciłem w całości muzyce ciężkiej, brzydkiej i raczej nieszczególnie wesołej. Skłamałbym mówiąc, że tym razem będzie inaczej, choć w opozycji do ciężkich gitar dzielnie stoi wyjątkowo nostalgiczne ambient techno. Mówiąc krótko – dzisiaj w menu serwujemy rodzimy black/punk, jakiego jeszcze pewnie nigdy nie słyszeliście; klasycznie nieelegancki i ciężki jak cholera death/doom; wreszcie, na przełamanie smaku, rozmarzoną elektronikę, która jednak wcale nie musi być hymnem krainy łagodności. Serdecznie zapraszam.

Nie mam pojęcia, z której dziury wyleźli ci kompletnie aspołeczni kolesie, ale bardzo dobrze, że to zrobili. Kwestia Kwasu na debiutanckim „Kwas topi czas” łączy klasyczny, bardzo norweski w wydźwięku black metal z rozpitym, rynsztokowym punk rockiem – raz bardziej wesołym, wręcz niepoważnym, kiedy indziej zaś całkowicie depresyjnym i pozbawionym resztek nadziei. Smaku dodają nafaszerowane wulgaryzmami i turpizmem liryki w języku polskim, które czasem nawet nie tyle podkreślają uliczny charakter Kwestii Kwasu, co wręcz go kreują. „Kwas topi czas” brzmi bardzo… psychopatycznie i przyznam szczerze, że jest to muzyka z nieprawdopodobnie chorym potencjałem. Niezależnie, czy muzycy zbliżają się ku black metalowi, czy też nurkują w zapijaczonym ska, przejawiają objawy nienormalności. Nie są to dźwięki dla każdego; z jednej strony całość brzmi bardzo groteskowo i pretensjonalnie, odrzucać może też typowo demówkowa produkcja; z drugiej wszystkie elementy, o których wcześniej pisałem, tworzą intrygującą i przede wszystkim drążącą dziury w mózgu jakość. Jak tak o tym myślę, to jeszcze chyba nigdy czegoś takiego nie słyszałem.KK

Zgoła inaczej prezentuje się Noose Rot. Amerykański zespół, w którego składzie znajduje się Adam Clemans z Wolvhammer, hołduje potężnie brzmiącemu death/doom metalowi. Produkcja „The Creeping Unknown” jest doprawdy porażająca i doskonale podkreśla atuty muzyki Noose Rot. Gitary są ciężkie jak cholera, sekcja dosłownie łamie kości, ale największe wrażenie wywiera niezwykle oldskulowe podejście do partii wokalnych. Te grobowe pogłosy są fantastyczne… Generalnie, debiutancka ep-ka Noose Rot to niemal obowiązek dla fanów Asphyx. Sam nie wiem, czy to jedna z najszybszych wolnych płyt, czy odwrotnie – najwolniejsza z szybkich. Jakby jednak na to nie patrzeć, „The Creeping Unknown” miażdży ciężarem, szczelnie oblepia brzmieniową smołą, dorzucając do tego garść całkiem chwytliwych riffów. Nieźle, jak na nieco ponad szesnaście minut.Nose Root

Na koniec odcinamy się całkowicie od metalu, a nawet od gitar w ogóle. Na Silencerized trafiłem już jakoś na początku roku, niemniej potrzebowałem trochę czasu, żeby w pełni docenić „Hitspace”. To album z jednej strony bardzo ciepły, okraszony subtelnymi, acz wystarczająco chwytliwymi melodiami, z drugiej jednak potrafiący być nieprzyjemnie chłodny. Całość krąży głównie wokół stonowanego techno i ambientu, jednak – pomijając gatunkowe szufladki – określiłbym „Hitspace” muzyką miasta – nocnego, lekko uśpionego, z ulicami rozświetlonymi przez uliczne lampy i nieliczne samochody. Równie dobrze może to być pokryta śniegiem (he, he) Warszawa, co otoczony ciepłą nocą Madryt. Przede wszystkim jednak chciałbym zwrócić uwagi na jedną bardzo fajną cechę Silencerized – nienachalność. Nie chodzi mi bynajmniej o to, że „Hitspace” to typowa muzyka tła, bo byłoby to określenie co najmniej krzywdzące. Warto jednak docenić subtelność tych dźwięków oraz ich minimalizm, aczkolwiek przełamania w postaci bardziej wyrazistych beatów czy okazjonalne zwiększenie ciężaru gatunkowego skutecznie wyrywają z marazmu. O ile można w ten sposób określić kolokwialne odpłynięcie, bo tak, trudno jest się oprzeć niespiesznemu, ale jednak silnemu nurtowi „Hitspace”.Hitspace

Michał Fryga