UNDERGROUND OUT OF BANDCAMP – Część III

O ile pierwsza odsłona Undeground była poświęcona tylko polskim wykonawcom, tak teraz sięgniemy wyłącznie po wydawnictwa zagraniczne. Tym razem dokopałem się do albumów brzydkich, niezbyt przyjemnych i nieszczególnie odkrywczych, ale bezsprzecznie szczerych i nasiąkniętych autentycznością, mających przy tym minimalne szanse, by wyjść poza wąski obieg paru sfiksowanych maniaków. Jeśli zatem jesteście wyjątkowo odporni na muzyczny turpizm, a ponad techniczne wygibasy przekładacie prostotę, warto przyjrzeć się bliżej każdej z poniższych rekomendacji.

Come To Grief to grupa założona przez Chucka Conlona i Terry’ego Savastano, członków nieistniejącego już bostońskiego Grief. Macierzysta formacja tych panów to zespół powstały ponad dwadzieścia pięć lat temu i z tego względu można mieć pewne wątpliwości, czy Come To Grief pasują do rubryki Underground out of Bandcamp… Z drugiej strony trudno też posądzać Grief o kultowy status – no chyba, że dla garstki maniaków podziemnego sludge/doom metalu. Muzycy kapeli to wyjątkowo sentymentalni ludzie i kontynuują tradycję poprzez nazwę („Come to Grief” to debiutancki album Grief z 1994 roku), czcionkę w logo, no i oczywiście również sama muzyka nie odbiega daleko od tego, co grali w latach 90. Trudno jednak traktować surówkę „The Worst of Times” jako coś złego. Pewnie, nie sądzę, by kiedykolwiek grupie udało się wyściubić nos z undergroundu, jednak decydując się na tak obskurną odmianę doom metalu chyba żaden z muzyków specjalnie na to nie liczy. Można się przyczepić o dość nachalne czerpanie całymi garściami z dorobku Eyehategod, ale można też pokiwać z uznaniem głową nad bardzo ascetyczną, brudną i rynsztokową muzyką Come To Grief. W przypadku „The Worst of Times” minimalizm to słowo klucz. Propozycja tych niemłodych już przecież panów opiera się na ślamazarnych, obślizgłych i kleistych riffach, które są tyleż chwytliwe, co odpychające. Dynamiki w tym właściwie nie ma, a całość przypomina raczej pijacki bełkot wykrzykiwany przez leżącego na bruku, zarzyganego hippisa. Znaczy się, jest to bardzo wiarygodna muzyka. Dla miłośników O.D.R.A, Eyehategod czy Indian z pewnością bardzo ciekawa pozycja.CTG

Nie zmieniamy szczególnie ani gatunku, ani nawet kraju. Pochodzący z Cleveland Pillärs również stawiają przede wszystkim na sludge/doomowy ciężar, ale – być może ze względu na miejsce pochodzenia – mają też wyraźny gen Integrity.   Na „Abandoned” całkiem udanie krzyżują ze sobą bagienne riffy Electric Wizard z d-beatowymi tempami, dosyć zgrabnie przerzucając środek ciężkości raz w jedną, a raz w drugą stronę. Całość opatula dodatkowo duch „Wolverine Blues”, nadając albumowi jeszcze fajniejszego wydźwięku. Debiut Pillärs niestety nie jest pozbawiony wad – szkoda, że w miarę trwania płyty siada napięcie, a crust punkowe wyziewy ustępują miejsca doom metalowym zawodzeniom rodem z drugiej ligi tego typu grania. Ani to szczególnie odkrywcze, ani ekscytujące, a i partie wokalne czasem są hm… powiedzmy, że nieco pretensjonalne. Do „Pale Horse” włącznie jest to jednak naprawdę bardzo fajny album, a sam kierunek obrany przez Pillärs – choć wymagający dopracowania – wydaje się być całkiem interesujący. „Eight tracks of Rust Belt fury weaving from d-beat to blackened crust to doomy sludge” – tak muzycy opisują sami siebie i faktycznie, z grubsza mają rację. Odnoszę tylko wrażenie, że ten przedrostek „blackened” to jednak chyba bardziej chwyt marketingowy niż właściwy epitet.P

Być może dla koneserów black metalu portugalski Black Cilice nie jest nazwą obcą – „Banished from Time” to już w końcu czwarty album tego zespołu. Zespołu, który poniekąd może się już pochwalić w podziemiu pewną renomą. Słowem-kluczem jest tu jednak „podziemie” – poza głębinami black metalowego undergroundu Black Cilice to nazwa obca, mająca zresztą wszystkie cechy, by nigdy nie wyściubić nosa z piwnicy. To doskonały przykład przesiąkniętego obłędem lo-fi black metalu, dla którego prymitywizm nie jest celem samym w sobie, lecz tylko jednym ze sposobów osiągnięcia nieprawdopodobnie pierwotnego przekazu. Skojarzenia z Les Légions Noires są jak najbardziej na miejscu, gdzieś w tym wszystkim przemycane są też echa desperackiego szaleństwa Silencer, chora atmosfera Gnaw Their Tongues i antyprodukcyjny etos Paysage d’Hiver. Pewnie, że wszystko to gdzieś już słyszałem, ba! – słyszałem to już niejednokrotnie – ale nie zmienia to faktu, że zarówno nieprzejednany mrok, jak i zupełnie skrajna emocjonalnie aura tej muzyki sprawiają, że czwarty album Black Cilice to bardzo wymagająca, ale też szczera i bezpośrednia pozycja. Z pewnością dla niedzielnych słuchaczy black metalu może być niemałym szokiem, ale jeśli lubicie totalnie depresyjną, pozbawioną nadziei muzykę, nie możecie pozostać obojętni. „Banished from Time” ma jeszcze jedną interesującą cechę – po obdarciu tej muzyki z jej wyjątkowego plugastwa, pozostaje tyleż tragiczny, co piękny trzon. Choćby ktoś brał was za psycholi, warto.BC

Michał Fryga