UNDERGROUND OUT OF BANDCAMP – Część II: The Best of 2017

Boom podsumowań końcoworocznych właściwie już minął, a razem z nim mniej więcej miesięczny okres wyścigów na rzekomo najbardziej obiektywne zestawienie. Prawdę mówiąc nieszczególnie śledziłem, ale mniej więcej sobie wyobrażam, jak w większości „branżowych” mediów może wyglądać czołówka. To właśnie ze względu na dość częstą powtarzalność tych samych nazw i tytułów, stwierdziłem, że można inaczej i że warto inaczej. Dlatego – zamiast po raz kolejny zastanawiać się, czy lepszym polskim impro jest Lotto czy BNNT, a najlepszy black metal to może Blaze of Perdition, a może Aosoth – poświęcę parę słów albumom, które niekoniecznie znajdą się na najpopularniejszych listach. Niektóre, przyznaję, może nie do końca pasują do założeń tej serii, inne natomiast są jakby pod nią skrojone. Część z nich to ledwie przedsmak tego, co dopiero może nastąpić, część już teraz w niczym nie ustępuje tym rzekomo najlepszym. Najważniejsze jest jednak, że wszystkie zasługują przynajmniej na parę znaków wzmianki.

Szalikowcem Throane zostałem przy okazji zeszłorocznej płyty i tak, zdaję sobie sprawę – teoretycznie ten zespół nie powinien znaleźć się w tym tekście. „Plus Une Main à Mordre” jest jednak albumem, który sam chciałbym nagrać i dlatego stwierdziłem, że muszę o nim wspomnieć. To wręcz podręcznikowy przykład, jak powinno się łączyć sludge’owy ciężar ze skrajnie depresyjną atmosferą, wycieczkami w stronę drone’u czy ambientu, a nade wszystko z wyraźnymi black metalowymi inklinacjami. Zapomnijcie o Celeste. Throane pokazuje, jak naprawdę powinno się to robić.TL

Zostając w temacie black metalu, nie mogę nie zahaczyć o Time Lurker. Debiut tego projektu jest o tyle ciekawy, że mimo stosunkowo sporej różnorodności i zaangażowania kilku wokalistów, wszystko zaskakująco dobrze trzyma się w kupie. Słychać, że odpowiedzialny za całość Mick Moreau to rozsądny chłop z głową na karku. Nie wiem, czy można to samo powiedzieć o wariatach z White Death… Generalnie można tej płycie zarzucić całkiem sporo, jednak mimo to w pełni kupuję jej straszliwie groteskowy, chyba wręcz prześmiewczy charakter. Chłopaki mają nieprawdopodobne wyczucie melodii – bardzo przaśnych, trącących myszką, badziewnych nawet… A przy tym w większości świetnych. Nieco inaczej, aczkolwiek też z podobnym zmysłem wypada Serpent Column. W przypadku Amerykanów to jednak nie tyle melodie (choć też są ważne), a charakterystyczne riffy i swoisty mariaż z death metalem sprawiają, że „Ornuthi Talassa” tak intryguje. Przy okazji to też bardzo dziwnie wyprodukowany album, ze specyficznym brzmieniem perkusji i wyrazistym akcencie postawionym na partie gitar. Trochę to szalone, trochę nietypowe, a przy tym cały czas te bębny przywodzą mi na myśl „Under the Sign of Hell”. Kto wie, może właśnie dlatego aż tak podoba mi się ten album?Gelu

Pewne inklinacje w kierunku black metalu wykazuje również włoski LVTN, aczkolwiek „Gelu” to album oparty przede wszystkim na hardcore’owym fundamencie. Trudno jednak oprzeć się wrażeniu, że black metal jest dla Włochów niemal tak samo ważny, jak d-beatowe przyspieszenia i kłaniające się sludge’owi beatdowny. Można mieć pewne zarzuty, że z jednej strony brzmi to nieco jak The Cursed, z drugiej czerpie trochę od rodaków z The Secret, ale nie można LVTN odmówić zdolności do kreowania tyleż depresyjnej i wisielczej, co pełnej diabła atmosfery. Równie interesująco przedstawia się „Last” amerykańskiego składu Ostraca. Zespół nie odcina się od korzeni głęboko wrośniętych w screamo, jednak nie boi się przy tym odważniej wychylić w kierunku post-rockowych pasaży czy naznaczonego post-metalem riffowania. To, co najważniejsze w tego typu muzyce – ekspresja – pozostaje jednak nawet nie tyle zachowane, co przez te wycieczki wręcz podkreślone. Bardzo klasyczny i jednocześnie nowoczesny materiał – podobnie jak pełny debiut poznańskiego Deszczu. Debiutancki album grupy to pełnokrwisty crust punk, tyleż agresywny i pełen desperacji, co natrętnie wręcz melodyjny. Mam wrażenie, że chłopaki bardzo często kłaniają się Fall of Efrafa i wcale mi to nie przeszkadza. W bardzo podobnym tonie wybrzmiewa także szwedzkie Myteri, jednak mam nadzieję, że w przeciwieństwie do swoich kolegów zza morza Deszcz nie spierdoli sprawy nagrywając dużo słabszy drugi album – a niestety takim jest tegoroczny „Ruiner” Myteri.S

Fani bardzo ciężkiego i bardzo wolnego grania nie mogą przegapić debiutanckiego albumu Black Tundra. Warszawiacy w kapitalny sposób łączą inspiracje Yob, Neurosis czy Year of no Light w sposób daleki od plagiatu. Black Tundra brzmi potężnie, majestatycznie, bardzo niepokojąco, z jednej strony mieszcząc się niemal idealnie w szufladce doom/sludge, z drugiej czerpiąc garściami ze wszystkiego, co mroczne, złe i niezbyt ładne. Jeszcze bardziej nieprzystępna wydaje się druga płyta Shaarimoth. „Temple of the Adversarial Fire” jest materiałem mocno osadzonym w death metalu, ale poprzez swoją intensywność i niejednoznaczne inspiracje nieco wymyka się kategoriom, w myśl których miałby być pojmowany jako klasyczny death metalowy album. Warto zaznaczyć, że Norwegowie brzmią przy tym, jakby byli z jakiegoś totalnie egzotycznego zakątka świata. Lub piekła, wedle uznania.BT

Na koniec zostawiłem kilka intrygujących wydawnictw z Polski. Pierwsze z nich to Popsysze – okej, nie są to twórcy anonimowi i debiutujący, a „Kopalino” to już ich trzeci album w dorobku. Mimo to odnoszę wrażenie, że jest to płyta nieco przeoczona. Bardzo niesłusznie – warto (a wręcz trzeba) docenić gdańską formację nie tylko za wyraźny zmysł do tworzenia chwytliwych, niezwykle zgrabnych piosenek, ale także za umiejętność odnajdywania się w dużo bardziej złożonych formach. Popsysze fajnie lawiruje po niemal wszystkich odmianach rocka psychodelicznego, przy okazji pożyczając sporo ze wszystkich okolicznych gatunków. „Kopalino” to bez wątpienia gratka dla każdego, kto lubi granie tyleż nieoczywiste, co przebojowe i melodyjne. Fani post-rocka i post-metalu powinni natomiast zwrócić uwagę na sosnowiecki Saule. Przyznam szczerze, że po pierwszym odsłuchu promówki nie mogłem uwierzyć, że to debiutanci. Traktowanie Saule jedynie w kategoriach zespołu post-rockowego jest poniekąd bardzo krzywdzące; grupa nie ma najmniejszego problemu, by wychodzić poza skostniałe ramy tej stylistyki, kreując swoje brzmienie zarówno przy pomocy cięższych gitar, jak i ucieczek w stronę bardziej progresywnej estetyki. Nie zapominają przy tym o wyraźnym zaakcentowaniu melodyki i mimo stosunkowo długich form, nie gubią piosenkowego charakteru. Na radarze widać inspiracje The Black Heart Rebellion, ale na tyle subtelne i nienachalne, że nie są one w stanie zabić własnej tożsamości Saule.Saule

Nie zapominajmy też o twórcach, którzy jeszcze nie zaznaczyli się na rynku przy pomocy długogrającego wydawnictwa. Olbrzymi potencjał przejawiają Zwidy, których lekkie, bardzo naturalne piosenki, wzbogacone o ciekawe liryki, znajdują świetną nić porozumienia z noise’owymi gitarami i hałaśliwą, nieoczywistą formą. W ewidentny noise i mało przystępne brzmienie lecą poznańskie Gołębie, których „Wrzesień/Październik” to idealny przykład kompromisu między rozmytym, shoegaze’owym soundem a chwytliwymi, niemal popowymi melodiami. Szkoda by było, gdyby umknęła nam gdzieś nazwa Hanako, bowiem ich wariacje na temat hardcore’a nie tracą ani krzty energii i pierwotnej mocy tej sceny, dorzucając do niej desperacki wydźwięk i duże wyczucie melodii.Gołębie

Rzecz jasna, wszystkie wydawnictwa, o których wspomniałem, to tylko te, które od razu przyszły mi do głowy. Sama polska scena alternatywna i awangardowa obrodziła w tym roku w mnóstwo kapitalnych wydawnictw, dużo dobrego działo się w black metalowym i hardcore’owym podziemiu, jak zwykle pojawiły się też albumy niemal znikąd (jak np. zupełnie nowa dla mnie hiszpańska Exquirla – z tego, co udało mi się dowiedzieć, w swojej ojczyźnie nie jest to anonimowy zespół). Wertując zatem kolejne podsumowania, w których przewijają się prawie te same nazwy, nie zapominajmy o tych mniejszych zespołach, których siła przebicia jest bez wątpienia bardziej nikła. Mam nadzieję, że przynajmniej o części z nich w przyszłych latach będę mógł mówić w zupełnie innych, większych kategoriach.

Michał Fryga