UNDERGROUND OUT OF BANDCAMP – Część I

Wiele się ostatnio słyszy ochów i achów na temat polskiej muzyki niezależnej – że w końcu jest naprawdę niezależna, że tak dobrze to dawno u nas nie było, że wreszcie to nie my powinniśmy patrzeć na ten mityczny i nigdy niedościgniony Zachód, a wręcz ten na nas. Zachwycając się jednak kolejnymi projektami Ziołka i Zimpla, nowymi albumami Lotto, BNNT, So Slow czy Lonker See (że tylko tych pozwolę sobie wymienić), nie zapominajmy o tych nieco mniejszych, tkwiących gdzieś w głębinach Bandcampa. Dziś przypatrzymy się zarówno zespołowi, w którym chcieliby śpiewać, ale ponoć nie mają o czym, jak i grupie, w której śpiewa się – i to głośno – ściskając w garści butelkę Żołądkowej. Na sam koniec zaś pochylimy się nad dwójką gości, dla których paleta barw kończy się na odcieniach czerni. 

„4:35”, „Polip”, „Zamiokulkas”, a przede wszystkim „Częściej wychodzę z siebie niż ze strefy komfortu” to jedne z najlepszych piosenek, jakie usłyszysz w tym roku. Debiutancka ep-ka warszawskich Zwidów zaskakuje bardzo profesjonalnym charakterem, który przy tym nie zabija lekkości i naturalności, jaka bardzo często cechuje debiutantów. Przyznać trzeba, że ani jednej ani drugiej Zwidom nie brakuje. Serwowana przez chłopaków mieszanka post-hardcore’a, post-rocka i indie (tak z grubsza) imponuje właśnie swobodą i płynnością. Prawdopodobnie dzięki temu te cztery piosenki brzmią tak fajnie – z jednej strony są wystarczająco melodyjne, z drugiej potrafią być dość zgrzytliwe i nieprzyjemne. Warto też zwrócić uwagę na stosunkowo bezpośrednie i proste, ale przy tym trafne i wcale gorzkie teksty. Wszystko to sprawia, że każdy z tych utworów łatwo zapada w pamięć i nadaje się idealnie zarówno do śpiewania pod prysznicem, jak i do kontemplacji przy butelce wódki.Zwidy

Warszawskie Hanako, podobnie jak ich koledzy ze Zwidów, również postanawia zinterpretować hardcore po swojemu i to na wariacjach na ten temat w głównej mierze opiera swoją muzykę. Poszukiwania brną jednak w przeciwnym kierunku, hołdując – zwłaszcza na „Hanako” –  klimatowi bardziej brudnemu i rynsztokowemu, gdzie główny nacisk kładziony jest nie tyle na melodie, co na chropowatość i surowość. Nie zmienia to jednak faktu, że za nieprzyjemną ścianą dźwięku Hanako chowa całkiem zgrabne utwory. „Liście”, drugie z tegorocznych wydawnictw zespołu, może za wyjątkiem utworu tytułowego, przedstawia nieco przystępniejsze, bardziej przyjazne (?) oblicze grupy. Właściwie nie jestem pewien, czy można tak mówić o tak jazgotliwych piosenkach… W każdym razie „Liście” to Hanako nieco spokojniejsze, mniej punkowe, a więcej kombinujące z melodyką i aranżami. Jest spoko, ale wkurwione dzieciaki z „Hanako”, z przejmującą Bibi na czele, przekonują mnie jednak bardziej.Hanako

O ile Hanako i Zwidy od początku zrobiły na mnie duże wrażenie, tak z Lifeless Gaze mam pewien problem. Chłopaki przede wszystkim wzięli się za cholernie trudne granie, na którym – mówiąc kolokwialnie – łatwo się wyjebać. Na „The Pain Rises Within Flesh” łączą inspiracje Sunn O)) z naleciałościami black metalu i inklinacjami w stronę funeral doom, co brzmi jak coś, co może być zarówno czystym złotem, jak i totalną katastrofą. Katastrofy, na szczęście, nie ma, bo zespołowi udało się uniknąć najgorszego – całkowitej nudy. To znaczy dobra, nie ma fajerwerków, chłopaki ciągną tematy stosunkowo monotonnie i opierają się na karkołomnym powtarzaniu w kółko prostych, przesterowanych partii gitar, nie dorzucając do tego – poza minimalną elektroniką i wokalami (wokalizami?) – niewiele więcej. No i w tym miejscu można by w tę płytę totalnie wbić lachę, gdyby nie fakt, że w jej dźwiękach ewidentnie czai się zło. Mnóstwo zła. Lifeless Gaze są cholernie mroczni, a ich muzyka – monotonna, wolna, ślamazarna – lepi się od czerni, otumania i mimo wszystko intryguje. Słuchanie „The Pain Rises Within Flesh” to nic przyjemnego, ale „Monoliths & Dimensions” to też nie jest przecież muzyka rozrywkowa.   Lifeless Gaze

Michał Fryga