ULCERATE – Shrines of Paralysis (Relapse)

Death metal to sztuka przetrwania. Nie ma chyba gatunku, który zaliczyłby tyle zmian, wzlotów upadków, lat tłustych i przeraźliwie chudych. Nie ma też wierniejszej publiki, która swoich ulubionych wykonawców potrafi wynieść na ołtarze. Czasami słusznie, czasami nie, ale bez problemu można zauważyć, że taka muzyka jest potrzebna. Potrzebna i w sumie – łatwa do zrealizowania. Bo w zasadzie nie o talent tu chodzi a raczej o mozolną pracę nad techniką, szczególnie w przypadku perkusistów. Trochę łatwiej mają gitarzyści, o basistach nie wspominam. Jeśli muzykanci cierpliwie odstoją swoje w kolejce po techniczną iskrę, kompozycje ujdą w tłoku, czyli hałasie. Może to krzywdzące, ale w uśrednieniu tak to widzę. W uśrednieniu, bo przecież gatunek ten posiadał i posiada wizjonerów, bez których dawno zdechłby w zatęchłym grobowcu, gdzie pewnie i tak jest mu nieźle. To dzięki nim przetrwał – i zapewne przetrwa – burze i okresy posuchy.  Do tych wizjonerów na pewno zalicza się nowozelandzka załoga Ulcerate. Poprzedni album Vermis okazał się być sztosem wywracającym detah metal do góry nogami; ekspozycja nieskoordynowanego hałasu, zbliżenie do rejonów black metalowych i ogólnie mała przewidywalność dzieła spowodowała, że Ulcerate stanął na czele peletonu ciągnącego gatunek za ryj. Być może trochę się zmęczyli albo przestraszyli swojego wizjonerstwa, bo na najnowszej płycie robią malutki kroczek do tyłu. Żeby było jasne – „Shrines of Paralysis” to nadal muzyka, która jest na death’owej scenie awangardą, jednak tym razem bardziej przewidywalną. Prym wiedzie oczywiście Michael, którego partie gitarowe sięgają w otchłań, sekcja poczyna sobie tym razem nieco bardziej standardowo. Mniej black’owych naleciałości, kilka sensownych, post metalowych wyciszeń. Nie ma zaskoczenia, chyba chodzi bardziej o oddech, który i tak śmierdzi szaleństwem. Nadal rzecz dla szaleńców i smakoszy hałasu.

Wiesław Czajkowski: Słowo stało się ciałem i oto jest. Chyba najbardziej oczekiwana płyta ostatnich miesięcy za chwilę trafi pod strzechy. Płyta roku?

Arek Lerch: No tak… Zaczyna się. Płyta roku. Listopad za pasem, czas na podsumowania… Oczywiście, rozumiem ten fakt i potrzebę znalezienia kamienia filozoficznego, szczególnie w death metalu, który od paru lat cierpi straszliwe katusze pt. „brak pomysłu”. Fakt. Na tle death’owej konkurencji, nawet tej niby technicznej i niby eksperymentalnej, Ulcerate lśni niczym zakazany diament z Afryki. To już klasa sama w sobie, ale… Ale o tym „ale” nieco później”.

Wiesław Czajkowski: Powiem szczerze, nie umiem chyba patrzeć na dokonania tego zespołu inaczej niż entuzjastycznie. A bynajmniej oni sami nie ułatwiają tego by do „Shrines of Paralysis” podejść krytycznie. Po niesamowitej „Vermis” dają nam materiał, który udowadnia, że ciągle są w tej muzyce tak potężne pokłady autorskiej kreacji, że… aż strach. Osobiście odczuwam dziś podobne stany emocjonalne co w 2002 roku gdy odkryłem „Unholy Cult” Immolation. Potężne, dzikie, niesamowite monstrum. Mówisz o konkurencji z półki „techniczno-eksperymentalnej”, ale zwróć uwagę, że daniem głównym jest tu po prostu brutalny, potężny death metal…

Arek Lerch: Potężny death, fakt. Właśnie to jest chyba jeden z dwóch zarzutów do tej płyty – na „Vermis” wyraźnie odchylili się w stronę black metalu i ten chory klimat spowodował, że otwierali tą płytą otchłań. Pamiętam, że kompletnie nie ruszyła mnie technika, ale właśnie chaos, mrok i otwarte drzwi tego innego świata. Były dreszcze, było zimno. Tym razem słyszę mały, ale jednak, krok w tył, do bezpiecznej, deathmetalowej strefy. Co nie zmienia faktu, że tak czy owak, są jedną z tych grup, metal grających w sposób, który jestem w stanie zaakceptować. A skoro wspomniałeś o Immolation, to ja rzucam swój tytuł: „Close To A World Below”. Na wieki wieków…

Wiesław Czajkowski: Amen. Trochę się z Tobą nie zgodzę; to nie krok w tył a udana próba swoistej wariacji na temat klasycznej death metalowej formy. Niby gruz, lawa jakiej nie powstydziłby się wspomniany Immolation, ale w miarę poznawania tego materiału otwierają się kolejne, odmienne stany świadomości. Chwilami Ulcerate „zapomina” o takich banałach jak rytm czy harmonie tworząc coś na kształt… no właśnie? Post-death metalu? Już wielbię te przestrzenne momenty gdzie muzyka po prostu płynie by za chwilę otrzeć się arcybrutalną kakofonię. Choć przyznam, że jest to album pozornie bardziej przystępny niż „Vermis”. Nie wiem, może przestraszyli się tego gdzie może ich zaprowadzić tamta droga…u

Arek Lerch: No właśnie, z ust mi to wyjąłeś. Chyba się przestraszyli. „Vermis” do dzisiaj zawiera sporo rzeczy, których do końca nie kumam i czego by tu nie mówić, boję się tej muzyki. W każdym razie, nie jest to materiał do słuchania każdego dnia. I tu jest pierwszy krok w tył. Jak mówiłem, wrócili do death metalu a mrok zastąpili w części post rockiem. Kiedy słuchałem płyty miałem wrażenie, że się „nawrócili” porzucając zło i smolistą otchłań na rzecz jasności. Oczywiście, cały czas pozostajemy w kręgu muzyki strawnej dla miłośników gatunku. W kontekście dzisiejszego death metalu – awangarda. W kontekście „Vermis” – lekkie zawahanie.

Wiesław Czajkowski: Tyle, że to zawahanie, jak to pięknie ująłeś, dla innych grajków jest etapem, którego nie osiągną nigdy. „Vermis” moim zdaniem miało jedną zasadniczą cechę, która rzeczywiście była ciekawsza niż obecne oblicze Ulcerate – brzmienie. Z totalnego chaosu i wizji wrócili do stanu ducha, który jest bardziej zrozumiały i trochę mniej… fascynujący. Ok, ale jakby nie było, mamy tu zespół określany jako „techniczny”. Jak oceniasz instrumentalistów?? Moim zdaniem w tym death metalowym szale sporo jest gry, która z gatunkiem na niewiele wspólnego…

Arek Lerch: Instrumentaliści powodują, że słucha się tej płyty wybornie. Szczególnie dzięki gitarzyście, który zrozumiał, że katowanie po raz milionowy kolejnej wariacji na temat Slayer czy Morbid Angel nie ma sensu. Wyciągnął co najlepsze z black metalu, z noise itp. gatunków, zapodał wyrywające zęby dysonanse i zmiksował z gęstym, betonowym brzmieniem. Obok co poniektórych grajków z francuskiego, blackowego tygla, jest najlepszy w tej klasie. Zresztą, pozostali podobnie, choć Jamie Saint Merat ma ode mnie kopa w dupę za nadużywanie blastów, a przecież już zdawało się, że wyzwolił się z tego typu zagrywek. Co zresztą objawia się tym, że najlepsze momenty płyty to te, kiedy zespół wpada w ponury, miażdżący trans. Tak czy inaczej, miszczowie (śmiech).

Wiesław Czajkowski: Dla mnie Ulcerate w ostatnich latach robi właśnie to co na początku Gorguts czy Morbid Angel czyli totalnie „swoją” muzykę. A to czy jest to przenosząca w inny wymiar „Vermis” czy bardziej strawna „Shrines..” nie ma aż tak wielkiego znaczenia. W czasach gdy wielkie WOW! staje się udziałem zespołów, które co najwyżej w mistrzowski sposób odrobiły lekcje z old school death metalu, akurat tych trzech łysoli z Nowej Zelandii ciągle nie ma się czego wstydzić. Nadal można tu odnaleźć przebłyski geniuszu. Tyle, że pojawia się pytanie, którego nie lubię, ale i tak krąży mi po głowie… jaki będzie kolejny krok? Czy są jeszcze takie narkotyki, które zmienią ich sposób patrzenia na muzykę by świat padł na kolana przed następcą „Shrines…”?

Arek Lerch: Tu podzielam Twoje obawy. Jest tak, że każdy zespół ma taki moment, kiedy rzeźbi monument i potem zachodzi w głowę co zrobić dalej. W pewnym sensie traktuję „Shrines…” jako oddech, moment zadumy nad własną karierą. Może zastanawiają się, czy warto dalej iść w mroczną awangardę, jeszcze bardziej straszyć, czy może wrócić do bardziej klasycznego brzmienia i zyskać zwykłych fanów a nie upierdliwego Lercha i aroganckiego Czajkowskiego, którzy zachwycają się tym co niestrawne dla innych?

Wiesław Czajkowski: Może tak, może nie. Prawda jest taka, że na odpowiedź trochę będziemy musieli poczekać. Dziś pozostaje mi nadal niemały entuzjazm w stosunku do „Shirnes…”. Bez wątpienia jest to album, do którego będę często wracał i szukał tych drzwi do innego świata… Jak dla mnie – metalowa płyta roku (śmiech), no, ale Ty miałeś jakieś „ale”…?

Arek Lerch: „Ale” dotyczy tego kroku, o którym już mówiłem, o stosunku nowego dzieła do „Vermis”, tego że się przestraszyli własnej kreatywności. Choć z drugiej strony, zastanawiam się, czy nie była to może premedytacja, bo kolejnego dzieła o ciężarze gatunkowym równym „Vermis” byśmy nie zdzierżyli, kto wie? Paradoks polega na tym, że mimo iż „Vermis” wielbię to częściej będę słuchał nowej płyty. A słuchając jej, będę tęsknił za kolejną chłostą bliższą black’owemu szaleństwu, ot, prowokacja ze strony zespołu…ulcerate-1

Wiesław Czajkowski: Nie będę się z Tobą spierał (śmiech). Ten album jest po prostu świetny i „słuchalny”. Właściwie nie mam nic do dodania po za tym, że dziś gdy Immolation nie błyszczy a młodych gniewnych brak to właśnie Ulcerate jest dla mnie death metalowym numerem jeden i nowa płyta ten stan rzeczy potwierdza. A na zakończenie powtórzę to co już mówiłem wcześniej: naprawdę szkoda mi 99% death metalowych grajków, którzy mimo umiejętności muzyki takiej jak Ulcerate nie są w stanie wykreować.

Arek Lerch: A wiesz dlaczego? Bo, moim zdaniem, skupiają się na technice, na szybkich „rowerkach”, perfekcyjnie bezdusznych blaścikach i zapominają o stworzeniu czegoś swojego. Strach przed przekroczeniem ram gatunku jest tak samo duży jak strach przed pustym klubem. Tak czy inaczej, mimo utyskiwania, uznaję ten album za jedną z najlepszych, tegorocznych płyt z wysokooktanowym hałasem, bliższą awangardzie i daleko poza granicami gatunku. Do szczęścia brakuje mi tylko koncertu Ulcerate, bo przyznam, że chciałbym zobaczyć, czy potrafią sprzedać te rozjechane dźwięki na scenie.

Wiesław Czajkowski: Może czyta to jakiś organizator z grubym portfelem? Fakt jest taki, że by Ulcerate rzeczywiście zabił na scenie potrzeba wielu czynników… No, ale to temat na zupełnie inną rozmowę, mam nadzieję, właśnie po gigu… Dziś chyba pierwszy raz od dawna rekomenduję metalowy album każdemu i to z absolutnie czystym sumieniem…

Arek Lerch: Ja też. Może nie z czystym sumieniem (tu odsyłam do pisanych w ostatnim roku recenzji…), ale z przekonaniem, że jeśli już polecać komuś „metal”, to w takim wydaniu. Bo jako taki, Ulcerate powoduje, że wciąż gitarowy hałas i duży zestaw perkusyjny mają jakiś tam sens. Zatem – słuchajcie i czujcie się wyjątkowi. I nie próbujcie podrobić pomysłów Michaela Hoggarda bo sobie połamiecie paluszki.

Wiesław Czajkowski: Nie pozostaje mi nic innego jak po raz drugi już powiedzieć… Amen.

Rozmawiali Wiesław Czajkowski i Arek Lerch