UGORY – Matko Ciszy (Music Is The Weapon)

Bardzo podoba mi się niezwykle odważny kierunek, którym podążają Ugory. Już to, co dzieje się na ten moment – czyli swoista i bardzo indywidualna próba redefinicji pojęcia „blackened sludge” – winduje poznański kolektyw do czołówki polskich eksperymentatorów, ale jeszcze większe nadzieje na przyszłość daje tempo, z jaką chora wyobraźnia Marcela Gawineckiego i kolegów wyłamuje kolejne szlabany. „Matko ciszy” już teraz jest jednym z ciekawszych tegorocznych gitarowych materiałów, ale wierzę, że to dopiero przedsmak tego, co Ugory mają do zaprezentowania.

Już na „Padlinie” poznański zespół potrafił zagrać ciężko i agresywnie, aczkolwiek wtedy Ugory dryfowały raczej wokół grania wyraźniej rozmytego w drone’ach i mniej oczywistych pasażach. „Matko ciszy”, choć nadal stojące po kostki w noise/drone’owej estetyce, silnie i zdecydowanie jedną ręką chwyta się ciężkiego i brudnego sludge’u, drugą zaś wystawia łapczywie po black metalowe okruchy. Połączenie to sprawdza się fantastycznie chociażby w „Glinie i korzeniach”, prowadzonym przez pełne niepokoju partie gitar. Jeszcze więcej schizofrenicznej, niespokojnej aury znajdziemy w zamykającej „Szóstej nocy bez snu”, która notabene zdaje się być idealną muzyczną ilustracją dla tytułu. „Rój” i „Polowanie” to zaś utwory nieco bardziej zwrócone w kierunku klasycznego noise rocka, aczkolwiek i tutaj specyficzne partie wokalne (w tym m.in. wsparcie Bibi z Hanako) wynoszą Ugory jakby poza gatunkowe standardy. Trudno jednoznacznie zdefiniować „Matko ciszy” i na pewno jest to wielką zaletą tego bardzo przecież nieoczywistego krążka. Mnóstwo tutaj poczucia zagrożenia, niepewności, niepokoju i zgodnie z tytułami utworów skojarzenia z insomnią są zdecydowanie na miejscu. Kto miewa problemy z zaśnięciem, ten wie, że samo leżenie paradoksalnie może cholernie zmęczyć. Równie męcząca jest też „Matko ciszy”, ale w przypadku tego wydawnictwa mimo wszystko ma się ochotę na więcej niż raptem sześć nocy bez snu.Ugory

„Matko ciszy” to znów zaledwie dwadzieścia cztery minuty muzyki, jednak uwierzcie mi, że przy tym natężeniu nieszczególnie przyjemnych bodźców jest to optymalna długość. Być może propozycja Ugorów jeszcze lekko rozjeżdża się w stylistycznym rozkroku, ale tegoroczne wydawnictwo poznaniaków to coś więcej niż tylko melodia przyszłości. To odważne i namacalne zaznaczenie swojej obecności na scenie już teraz, choć – tak jak pisałem na samym początku – wierzę, że najlepsze dopiero przed chłopakami. Biorąc pod uwagę, w jakim tempie się rozwijają, martwię się tylko, czy dam radę za tym zespołem nadążyć. Mało kto w naszym kraju umie śnić piękniejsze koszmary.

Michał Fryga

Zdjęcie: Antoni Zajączkowski

Cztery i pół